Właściwie to pierwszy post miał się pojawić wcześniej. Miałem nawet gotowy tytuł i tekst w głowie. Nieco inny niż ten. Ale chyba podświadomie przeciągnąłem publikację do dzisiejszego dnia. Zresztą to dzięki pomocy znajomego, który wyręczył mnie z pracy nad bannerem :) Dziękuję M. ;)
Na początku pewnie wypadałoby napisać o czym ten blog ma być. Tyle, ze to właściwie będą dwa blogi :D Jeden z powieścią, drugi codzienny, gdzie będą pojawiać się moje przemyślenia, czasem jakieś uzupełnienia. Postaram się to tak zorganizować, żeby wszystko było czytelne :)
Dziś mija dzień, od którego liczę pewien symboliczny roczny okres. Taka mała „rocznica”, chociaż jak się okazało ani to czego ten okres dotyczy nie zaczęło się w ten dzień, tylko wcześniej, ani nie przetrwało całego roku. No cóż, bywa. Ale traktowałem ten dzień jako granicę podjęcia pewnych decyzji. I mimo, że zostały podjęte wcześniej, to dla mnie nic się nie zmieniło jeśli chodzi o plany.
To był bardzo dziwny okres. Dokładna opowieść o nim byłaby długa, ale to nie czas i miejsce na nią :) Ten czas przyniósł mi dużo dobrego i złego. Chwilę radości, optymizmu, uśmiechu i długich rozmów niemal do świto. Ale także rozgoryczenia, złości, smutku, cierpienia i bólu. Tych drugi było chyba więcej... Bo odczuwałem je podwójnie. Za siebie i za kogoś innego..,
Ale to był też dla mnie czas, żeby nauczyć się czegoś o sobie, o innych ludziach, pewne rzeczy przewartościować. Wiem już na pewno, ze potrafię być oddany. More nawet beznadziejnie oddany i jak to określiła moja przyjaciółka „wierny jak pies”. Tak, coś w tym jest... Przekonałem się też, ze potrafię się beznadziejnie zaangażować, być dla kogoś nie zważając na swoje uczucia, Chociaż to jedna strona medalu. Z drugiej jest... bezsensowne, szkodliwe przywiązanie, graniczące z uzależnieniem. A to nigdy nie jest dobre. Nauczyłem się też, ze jestem w stanie przesuwać granice swojej wytrzymałości i pewnie przesuwałbym je nadal, gdyby ktoś inny nie miał z tym problemu większego ode mnie.
Czego się jeszcze nauczyłem? Że czasem trzeba wybrać zdrowy rozsądek zamiast podszeptów serca. Nawet jeśli się wie, że będzie bolało. Dlaczego? Bo po bólu człowiek w końcu osiąga spokój. Chociaż ja miałem „łatwiej”. Pomogła mi złość i rozgoryczenie postawą ludzką. Ale to bardzo dobrze, bo miałem chwilę, żeby oderwać się od kołowrotka wydarzeń i uczuć i mogłem podjąć świadomy wybór, że wysiadam z tej karuzeli na własne życzenie. I jest w tej metaforze pewna symboliczna dosłowność. W ciągu tego roku z dość regularną powtarzalnością znajdowałem się w tym samym punkcie. I nawet jak jedną nogą byłem już za tą karuzelą to nie udało mi się wysiąść. Ale na moje szczęście zwolniła na tyle, a nawet się zatrzymała, że zdążyłem zrobić ten ostatni krok. I nie dałem się zaprosić na kolejną przejażdżkę.
Zastanawiam się, czy czegoś w tym okresie żałuję. Pewnie tego, że nie ułożyło się lepiej. Że mimo obustronnych niejednokrotnych prób, mimo wzajemnych nauk i postępów happy end diabli wzięli. A także tego, że inni nie potrafią zsiąść ze swojej karuzeli kiedy zwalnia i się zatrzymuje, mimo że obok stoją ludzie gotowi uchronić ich przed upadkiem. Ale nie można wiecznie stać i czekać aż ktoś się odważy zrobić krok. Czasem trzeba myśleć o sobie i iść swoją drogą.
Już nie stoję nad przepaścią. Nie szukam liny. Nie potrzebuję jej. Patrzę w dół. Zamiast nieprzeniknionej pustki widzę lazur nieba. Czuję ciepły podmuch wiatru. Ale lina wciąż leży nieopodal. Podchodzę do niej... I podpalam. Żeby już nikt mi jej nie rzucił. Patrzę w stronę krawędzi. Uśmiecham się. Nie wiem czy sam do siebie, czy do Słońca na niebie.
Biorę rozbieg i skaczę. Rozpościeram ręce. Pęd powietrza chłodzi mi twarz. Nie jest zimny, jest przyjemnie chłodny. Lubię taki chłód. Patrzę w dół, w odbicie Słońca w tafli zimnej wody. Zmieniam pozycję na lot nurkowy. Przebijam wodę. Żeby tafla zamknęła się za mną jak drzwi. Zostawiając Słońce za sobą. Czas płynąć. Czasem z prądem, czasem pod prąd. Ale na pewno swoim własnym nurtem :)
Z oddali to co wielkie,
swój ogrom traci w mig.
Dawny strach co ściskał gardło,
na zawsze wreszcie znikł!
Zobaczę dziś czy sił mam dość,
by wejść na szczyt, odmienić los.
I wyjść zza krat, jak wolny ptak.
O tak..!
Mam tę moc!
Mam tę moc!
Rozpalę to co się tli.
Mam tę moc!
Mam tę moc!
Wyjdę i zatrzasnę drzwi!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz