piątek, 31 października 2014

Organizacyjnie

Pierwsze posty za mną, więc przydałoby się nieco "zasad" wprowadzić :)

Zdecydowałem się na prowadzenie na jednym blogu wpisów z życia i tych literackich. Niestety blogi nie mają funkcji dodawania postów w kartach (chyba, ze o czymś nie wiem), więc wszystko ląduję na jednej stronie :(

Żeby ułatwić nieco odszukanie postów o danej tematyce posłużyłem się etykietami. "Codziennie" będą oznaczone posty z zrycia, moje przemyślenia, wspomnienia i co mi tam jeszcze do głowy przyjdzie.  "Literacko" to posty z fabułą.

I to chyba najistotniejsza informacja. Etykiety są do wglądu w prawym pasku bocznym, mam nadzieję, że to pomoże znaleźć odpowiednią grupę postów :)

Zastanawiam się nad stroną na Facebooku, ale muszę to jeszcze przemyśleć. Póki co jeśli ktoś będzie zainteresowany może skorzystać z subskrypcji na Email, a do kontaktu użyć formularza :)

Pozdrawiam
H.T.

czwartek, 30 października 2014

Rozdział 1

ROZDZIAŁ 1
*
Jednoaktówka jesienna z życia pesymisty

Nad ulicą wiatr zagwizdał
Ciche requiem zwiędłym kwiatom
Nie dopatrzył pesymista
A tu przeleciało lato

A tu jesień, lecą liście, na podłogę oczywiście, a najbardziej pesymiście...

Dawno temu, chyba wiosną
Kogoś szczerze umiłował
Lecz do czynów już nie doszło
Były tylko ciepłe słowa

A tu jesień, lecą liście, na podłogę oczywiście, a najbardziej okuliście...

Niebem chmury się mozolą
I ostatni padł słonecznik
Załkał cicho nad swą dolą
Pesymista aspołeczny





     Słońce już dawno zaszło za horyzont, ale ulice pozostały całkiem widne. Głównie za sprawą szczerzących się dyniowych głów i grupek dzieciaków z latarniami. Kilka lat temu zupełnie nie do pomyślenia. Zwłaszcza tutaj. A jednak się przyjęło. Nawet w, jak się zdawało, konserwatywnej Polsce. Znak czasów? Czy chwilowa moda? Bo raczej nie wróżba szerszego otwarcia.
Hoan nie przepadał za Halloween nawet bardziej niż za Walentynkami. Chociaż te ostatnie miały przynajmniej pozornie jakiś głębszy sens. Przynajmniej dla tych, którzy je obchodzili. A Hoan obchodził je po swojemu. Czyli z daleka. Tak samo jak z daleka obchodził Halloween. Co wszystkich bardzo dziwiło, bo według każdego kto go znał, jako Japończyk powinien być bardziej otwarty.
    Ale Hoan miał swoje powody, żeby nie lubić tego „święta”. Przede wszystkim w taką Halloweenową noc pełniąc służbę, zginął jego dziadek. Pięcioletni wówczas chłopiec potrzebował przeszło miesiąca żeby pogodzić się ze stratą i jakoś poukładać sobie wydarzenia tamtej nocy. Po dziadku zostały mu dwie pamiątki: sporej objętości dziennik, którego do tej pory nie zdołał otworzyć i dwa sai. Broń japońskich ninja, tak zwany „róg śmierci”. O ile dziennik chłopak otrzymał tuż po tym jak doszedł do siebie po żałobie to sai czekały bezpiecznie ukryte przez ojca aż do chwili wyjazdu Hoana do Polski.
     Bo Hoan Tanaka był w połowie Polakiem. A biorąc pod uwagę ile lat spędził w tym kraju, to może nawet w trzech czwartych lub więcej. Urodził się w mieszanej rodzinie. Ojciec Japończyk, urzędnik państwowy, poznał jego matkę polonistkę na delegacji w Polsce. Zdążył ściągnąć ją do siebie zanim sytuacja w jej Ojczyźnie stała się ciężka. Strajki, trudy życia w stanie wojennym, Okrągły Stół, to wszystko jego matkę ominęło. Choć jak mówiła nie bez bólu, bo zostawiła tu całą rodzinę. Najbardziej żałowała, że opuściła babkę Hoana, ale Teresa Kondraciuk była twardą kobietą i umiała sobie radzić jak mało kto. Wiedziała komu się przypodobać, żeby było lżej. Więc oficjalnie była w Partii i pracowała jako sekretarka, a na boku “romansowała” z Solidarnością. I o dziwo nie wydało się to aż do wolnych wyborów.
     Zresztą gdyby nie babcia Teresa, mama Hoana nie wyjechałaby z kraju. To starsza pani Kondraciuk namówiła córkę przeczuwając, że coś się święci. O tak, Teresa miała intuicję i bardzo ją sobie chwaliła. Potem śmiała się, że Hoan odziedziczył to po niej. Tak jakby to było możliwe.
Kiedy Polska stała się wreszcie krajem demokratycznym, Elżbieta Kondraciuk-Tanaka (bo nigdy nie zrezygnowała z nazwiska panieńskiego) spędzała tam każde wakacje i obowiązkowo co najmniej jedno z najważniejszych świąt. A Hoan wraz z nią. Zresztą jako katoliczka z krwi i kości matka miała bardzo rygorystyczne podejście do Świąt. Musiały być rodzinne i zgodne z tradycją, oczywiście polską.
     Ojciec Hoana dla odmiany prawie w ogóle nie przywiązywał wagi do tradycji, nawet rodzimej. Ale co roku karnie wyszukiwał najlepszego karpia, żywą choinkę i prezenty z głębią. Niech by mu się tylko zdarzyło kupić żonie patelnię. Hoan już widział znaczek producenta odciśnięty na czole ojca. Kiedy wszystko było już gotowe, stół uginał się pod ciężarem dwunastu potraw (czego nikt z japońskich znajomych Tanaków nie umiał pojąć), Hoan wraz z ojcem wkładali wykrochmalone białe koszule i garnitury, czego chłopak serdecznie nie znosił. I choć mało z tego okresu pamiętał, to wspomnienie tego swoistego kaftana i zbolałej miny ojca zawsze mu towarzyszyły w czasie Świąt.
     I tak japońskie życie Hoana toczyło się do 10 roku życia, kiedy to podczas wakacji babcia Teresa uznała, że warto chłopcu pokazać coś więcej niż mieszkanie na czwartym piętrze w podwarszawskich Markach. Więc obie kobiety i Hoanek (jak lubiła go nazywać babcia) wyruszyli w drogę po kraju zaliczając najważniejsze zabytki i najpiękniejsze widoki. Najwspanialszy miesiąc w życiu.
     Tyle tylko, że żadna z kobiet nie wzięła pod uwagę, że 10-latek tak bardzo zakocha się w Polsce, że nie będzie chciał z niej wyjeżdżać. Musieli nawet przełożyć wyjazd o tydzień, bo Hoan przepłakał całą noc. W końcu kobiety po długiej rozmowie dały za wygraną i poszły na kompromis. Układ był następujący: Hoan z matką mieli wrócić do Japonii, a jeśli za rok wciąż będzie chciał zostać w Polsce, postarają się to jakoś załatwić. Oczywiście obie panie Kondraciuk wierzyły, że po powrocie do Japonii chłopiec szybko zapomni o Polsce. Ale intuicja Teresy najwyraźniej musiała przysnąć gdzieś w kącie, bo w przeciwnym razie, wiedziałaby, że tak się nie stanie. A może doskonale wiedziała, ale nie chciała martwić córki.
     Po powrocie do kraju kwitnącej wiśni Hoan zaskoczył ojca prośbą o kalendarz. Matka też tego nie rozumiała, ale długo wyczekiwany jako jedynak chłopak był nieco rozpieszczany. Poza tym kalendarz nie był jakąś szczególnie niepokojącą zachcianką. Przynajmniej do czasu.

– Jeszcze 40 tygodni – Elżbieta odwróciła się w progu, kiedy syn wieczorem pożegnał ja tymi słowami.
– Do czego? – spytała zaskoczona.
– Do następnych wakacji – wskazał kalendarz. Ojciec, który przechodził korytarzem, zatrzymał się i zajrzał do niego w chwili, gdy matka przeglądała kalendarz z przekreślonymi kolejnymi dniami. Nieprzypadkowo przekreślonymi czerwonym flamastrem.
– O co chodzi? – spytał Kenta widząc troskę na twarzy kobiety.
– Och, nic. Później ci powiem – odparła po czym zwróciła się do syna. – A ty już spij mój Gołąbku.
Kiedy pół roku później kalendarz Hoana nie tylko nadal pozostawał poprzekreślany, ale na dodatek w kółkach pojawiły się oznaczenia polskich świąt państwowych, Elżbieta zdecydowała się na poważną rozmowę z mężem. Opowiedziała mu o zeszłych wakacjach i wymyku jaki zastosowały z matką, żeby nakłonić chłopca do powrotu do Japonii.
– Teraz rozumiem – powiedział z goryczą. – Wiesz o co mnie spytała jego nauczycielka w zeszły czwartek? Czy to prawda, że przeprowadzamy się do Polski. Bo Hoan opowiada kolegom, że po kolejnych wakacjach nie wraca do Japonii.
– Czemu mi nic nie powiedziałeś? – w oczach kobiety pojawiły się łzy.
– Bo myślałem, że to jego wybujała wyobraźnia.
– I co my teraz zrobimy...
– Jak to co? Zaczniemy przygotowywać dokumenty. Wiesz, że nie będzie łatwo, zwłaszcza w naszej sytuacji, ale uruchomię swoje znajomości.
– Oszalałeś? Chcesz...
– Spełnić obietnicę, którą dałaś naszemu synowi – odparł cierpko. Ale przytulił szlochającą kobietę. – Będzie dobrze. Może to go nawet zahartuje.
– Ale co ze mnie za matka, która oddaje dziecko? – Elżbieta zalała się łzami.
– Kochamy naszego syna – przypomniał jej. – A jego babcia kocha go nie mniej od nas. Dobrze się nim zaopiekuje. A przy odrobinie szczęścia na starość on odwdzięczy się jej tym samym. Poza tym obiecałaś. Nie wiem czemu, bo jako pedagog wiesz, że nie powinnaś czegoś takiego obiecywać dziecku. Ale to nie ma teraz znaczenia. Wiesz co sądzę o obietnicach.
– To kwestia honoru. Cokolwiek obiecasz, dotrzymaj słowa, bo bez honoru nie jesteś człowiekiem – powtórzyła maksymę męża.
– Dokładnie. Spokojnie, poradzimy sobie.
     Hoan oglądał tę scenę przez przymknięte drzwi, siedząc na schodach. I mimo, że zal mu było płaczącej matki, to jednak górę wzięła przepełniająca go radość. Tak, to był czas, gdy jeszcze coś go cieszyło.
     Pół roku później Hoan stał z matką i ojcem na lotnisku czekając na babcię i wuja Stefana. Tak właściwie to nie byli spokrewnieni. Stefan był przyjacielem rodziny jeszcze z czasów, gdy rodzice Hoana się poznali. A teraz znów się sprawdził i pomógł załatwić wiele skomplikowanych spraw, których mały Hoan nie rozumiał. Ale jako notariusz Stefan był obeznany w niektórych zawiłościach prawnych. A jeśli czegoś nie wiedział sam, to mógł się poradzić kolegów ze środowiska prawniczego. Rodzice Hoana rozumieli jak wiele mu zawdzięczają i, ze być może będą zawdzięczać nadal.
– Obiecuję, że się nim zaopiekuję – mężczyzna po czterdziestce, z pierwszymi oznakami siwizny na zaczesanych do tyłu włosach, podał rękę Kencie, a Hoana potargał po czuprynie. – Wiem co mówię – dodał widząc minę Tanaki. Też znał jego maksymę.
     Hoan spędził kolejny miesiąc z rodzicami. Była to dla nich nowość, bo do tej pory ojciec nie mógł sobie pozwolić na więcej niż tydzień urlopu. A i wtedy potrafił znikać na pół dnia, lub częściej na całą noc. A teraz od miesiąca był z nim i mamą tutaj. Kiedy razem ze Stefanem nie remontowali mieszkania babci, Tanakowie całą trójką chodzili do ZOO, lunaparku, a nawet muzeum. Ale Hoana i tak najbardziej cieszyły chwile spędzone razem na wybieraniu mebli i dodatków do jego pokoju. Zwłaszcza, że bardzo dużo mógł wybrać sam.
     Teresa Kondraciuk w tym czasie nie towarzyszyła rodzinie. Wiedziała, że teraz każdą możliwą chwilę powinni spędzić razem. Ona będzie tego Gołąbka miała dla siebie na co dzień. Kobiecie przyszło do głowy, że może córka odziedziczyła po niej intuicję, bo Gołąbek tak bardzo pasował do Hoana. Był taki subtelny i niewinny. Moje Gołębie Serce – pomyślała ciepło mając nadzieję, że okaże się to dobrą wróżbą. Ale czasem nawet ona się myliła.
     Mimo, że Hoan ciężko przeszedł rozstanie z rodzicami, to wiedział, że chce zostać w Polsce. Takie zachowanie było charakterystyczne dla ludzi spod znaku Ryb. A kiedy dodało się do tego rok urodzenia w znaku Zająca pod władaniem żywiołu Ognia wszystko stawało się jasne. Przynajmniej dla jego babci, która horoskopy miała w małym palcu. Próbowała nimi nawet zainteresować Hoana, ale bez większego efektu.
     Tak więc w wieku 11 lat Hoan trafił do praktycznie obcego kraju i nowej szkoły. O ile z nauką radził sobie nie gorzej od innych dzieci, a z języka polskiego i matematyki był w ścisłej czołówce, to z rówieśnikami nie do końca potrafił się dogadać. Ale chłopak zawsze odstawał od innych, lub jak mawiała jego babcia – wymykał się stereotypom. Teraz określa się to raczej jako bycie outsiderem. Albo po prostu dziwnym.
     To nie tak, że nie miał kolegów. Kilku miał, tylko żadna znajomość nie przetrwała do obecnych czasów. Zresztą już dawno nauczył się, że prawdziwe przyjaźnie mogą się zrodzić najwcześniej w liceum.
     W jego przypadku było podobnie. Jak dotąd okres liceum oceniał jako najbogatszy w doświadczenia. I bynajmniej nie były to doświadczenia charakterystyczne dla ludzi w jego wieku. W zasadzie w tym okresie okazało się jak mało go łączy z rówieśnikami. Hoan był zaprzeczeniem przeciętnego nastolatka, który imprezował, palił i buntował się przeciw każdemu i wszystkiemu. Sam był zaskoczony, że praktycznie nie przechodził klasycznego buntu. Żadnego wyłączania telefonu, gdy dzwoniła babcia, żadnych wagarów (poza dwoma lub trzema przypadkami), czy uciekania z domu. Co bardzo cieszyło panią Kondraciuk, bo jej Gołębie Serce uchodziło za niezwykle ułożone i spokojne. A ona sama miała dość partnerskie podejście do chłopaka. Co by się nie działo, mógł się do niej zwrócić ze wszystkim i podzieli każdą troską.
     Także jego relacje z kolegami się poprawiały. Nie był co prawda duszą towarzystwa, co dziwiło jego babkę i stało w sprzeczności z jej doświadczeniem, i czasem odnosiło się wrażenie, że jest jak na swój wiek nad wyraz dojrzały i poważny, ale niewielkie grono osób udało mu się zjednać i zaprzyjaźnić. Co prawda zaliczył też kilka mocnych potknięć i niektóre przyjaźnie udało mu się zepsuć, ale o tym akurat już pani Teresa nie wiedziała. Jak i o wielu innych sprawach, bo wraz z wiekiem Hoan stawał się coraz bardziej skryty i oddalał od kobiety.
     Najcięższy okres rozpoczął się dla Hoana pod koniec liceum, przed maturą. Podczas gdy wszyscy koledzy bunt młodzieńczy mieli już za sobą i wzięli się za naukę do egzaminu dojrzałości, on miał coraz mniej chęci do nauki i opuszczał zajęcia. Ale tylko te mniej istotne. Niemniej udało mu się ukończyć liceum z nie najgorszymi ocenami i maturą w kieszeni. Chociaż stać go było na lepsze noty.
     Ale nikt nie wiedział, że poza maturą Hoan miał inne zmartwienia. Kiedy był w ostatniej klasie, zmarł kochany brat jego babci. Kobieta mocno to przeżyła. Stała się rozkojarzona, prowadzenie samochodu sprawiało jej trudność, bo gdy Hoan mówił „teraz w prawo”, kobieta jechała prosto, pomimo że znała drogę bardzo dobrze. Dopiero kiedy wnuk na nią krzyknął dotarł do niej sens jego słów. Poza tym często powtarzała pytania lub miała problemy z kojarzeniem. A Hoan nie mógł pojąć jak niespełna 60-letnia kobieta mogła się tak szybko zmienić. Oczywistym zdawało się, że to stres związany ze śmiercią brata.
     Kiedy jednak stan babci zamiast się poprawiać, zaczął się pogłębiać Hoan zgłosił się z prośbą o pomoc do wujka Stefana, który jak zawsze stanął na wysokości zadania. Zresztą do tej pory stał na posterunku. I tak między zajęciami na uczelni jeździli obaj z panią Teresą od lekarza do lekarza. W końcu szczegółowe badania dały diagnozę – Alzheimer. Choroba dająca u kobiety dość niejednoznaczne objawy i postępująca nad wyraz szybko. Jej postęp był jednak na tyle wolny, że babcia przysporzyła Hoanowi wielu trosk. A kiedy się zatrzymał nie było już pani Teresy tylko cień człowieka – chudego, wyniszczonego i niezdolnego do samodzielnego życia.
     Matka Hoana przyjeżdżała do Polski kiedy mogła i wspierała jak tylko potrafiła. Głównie finansowo i organizując opiekę nad kobietą. Poza tym była jeszcze siostra dziadka, która przyjaźniła się z Teresą. I to mimo tego, że pani Kondraciuk rozwiodła się z mężem dobre kilkanaście lat temu. Ale ciotka Aleksandra była na tyle oddana, że na co dzień pomagała w opiece nad kobietą żeby Hoan mógł studiować. Bo jedno było pewne od początku – nie oddadzą babci do domu opieki.
Tego jak bardzo Hoan przeżył chorobę babki na dobrą sprawę nie wiedział nawet on sam. Dopiero po latach powoli zaczął zdawać sobie z tego sprawę. Z powodów zdrowotnych nie tylko Teresy, ale i swoich wziął urlop dziekański na uczelni. Najpierw na rok, potem na drugi, aż w końcu z uwagi na wyjątkową sytuację wyprosił u dziekana trzeci. Po czym i tak nie wrócił na studia. Do tej pory nawet nie zabrał papierów z uczelni.
     Sam także podupadł na zdrowiu. Bardzo schudł. Chociaż to akurat uważał za jedyny plus w całej tej sytuacji, bo nie musiał dbać o linię. Tylko tego, w jaki sposób doszedł do takiej wagi nie życzył nikomu. Oczywiście nie słuchał rad, żeby iść do psychologa. Był pewien, że jego problemy to nie jest kwestia głowy tylko żołądka. Poza tym... ludzie radzili sobie z gorszymi tragediami. Jego sytuacja w jego opinii nie była tak zła, żeby sobie z nią nie radzić tak bardzo jak on. Poza tym nie pozwalała mu na to męska duma. Chociaż może „duma” nie była odpowiednim słowem. Ale to odpowiednie słowo leżało gdzieś niedaleko „dumy”. Poza tym po prostu nie lubił psychologów. Nie tak, że nie wierzył, że mogli pomóc. Owszem, mogli. Każdemu, tylko nie jemu. To przekonanie towarzyszyło mu zresztą także w innych sferach życia. No i nie lubił jak się go analizuje. Chociaż sam analizował innych i mimo szczerych chęci nie potrafił się tej przypadłości wyzbyć.
     W ciągu kilku lat udało mu się zaniedbać nie tylko zdrowie, studia, czy przyjaźnie (poza praktycznie jedną), ale również to co najważniejsze – relację z babcią. I sporą część swojego człowieczeństwa. Chociaż jakie relacje można mieć z kimś, kogo jedyną oznaką, że poznaje znajomą osobę jest przerywany, gardłowy śmiech. A na dalszym etapie była to reakcja niemal na wszystko. Hoan szczerze się za to nienawidził, ale nie miał cierpliwości, ani do tej choroby, ani do babci. I nie miał też sił, aby się od tego odciąć i zająć pracą. W ogóle sił starczało mu tylko na poranne zakupy i całodzienną posiadówkę przed komputerem. Za zamkniętymi drzwiami swojego pokoju, w którym spożywał nawet posiłki. Wszystko inne zaczęło stanowić problem nie do pokonania. Czy to większe zakupy w mieście, czy spotkanie ze znajomymi. Zresztą podczas tych spotkań czułby się skrępowany. Jego znajomi kończyli studia, pracowali, a on stał w miejscu. Więc co im miał powiedzieć, że babcia jest chora, nie ma szans na poprawę, a on ostatnio obejrzał film lub przeczytał książkę? A tak w ogóle to dziękuje za herbatę, bo go skręca. Nie, lepiej było po prostu się nie spotykać.
     Więc się nie spotykał. Realnych przyjaciół zamienił na wirtualnych, co było bardzo wygodne. Przede wszystkim nie wymagało wychodzenia z domu. Rozmawiał z nimi kiedy byli on-line. Niektórzy nawet dostąpili wątpliwego zaszczytu poznania go lepiej. Próbowali nawet moralizować, namawiać do zmiany podejścia, ale szybko zdali sobie sprawę, ze to na Hoana nie działa. I całe szczęście, że odpuścili, bo przecież on zawsze wiedział najlepiej. Poza tym i tak nie wiedzieli wszystkiego. W zasadzie to nikt tak naprawdę nie wiedział o nim wszystkiego. Pod tym względem był akurat konsekwentny i zaparty. To co najtrudniejsze trzymał dla siebie.
     Na szczęście przynajmniej z opieką nad babcią nie był całkiem sam, bo by sobie kompletnie nie poradził. To znaczy i tak sobie nie radził, ale ten sposób nieradzenia sobie przynajmniej nie odbijał się w tak dużej mierze na innych. Zgodnie z głównym założeniem Teresa została w domu. Głównie dlatego, że chłopak bał się, że zaniedba babcię, że nie przyjedzie w odwiedziny, bo znów zatrzyma go żołądek lub nie będzie mógł patrzeć na postęp choroby. W końcu... że o niej zapomni. A babcia na to nie zasługiwała. Swoją drogą nie zasługiwała też na takiego wnuka. Ale może lepiej dla niej byłoby, gdyby jednak trafiła do domu opieki. Od obcych ludzi otrzymałaby więcej ciepła, wyrozumiałości i opieki niż od Hoana.
     Po krótkiej i niezbyt owocnej współpracy z pielęgniarką środowiskową, która była nieuprzejma i podejście miała niewiele lepsze od Hoana, czyli mówiąc najprościej koszmarne, chłopak po konsultacji z rodzicami i ciotką Aleksandrą postanowił poszukać opiekuna z doświadczeniem i nieco większą empatią. I znalazł panią Stasię. To była naprawdę złota kobieta. Przychodziła trzy dni w tygodniu i co drugą sobotę. Zjawiała się z samego rana, żeby Hoan poszedł po zakupy (a najczęściej przynosiła je ze sobą) i wychodziła gdy przebrała panią Kondraciuk i ułożyła do snu. Poza tym widząc marne umiejętności chłopaka w kuchni zajęła się gotowaniem nie tylko dla swojej podopiecznej, ale i dla niego. I pewnie tylko dzięki temu jego waga nie spadła poniżej 60 kg. Czasem zdarzało się jej nawet posprzątać. W przeciwieństwie do Hoana, który był strasznym bałaganiarzem. Chociaż kiedy widział jak pani Stasia łapie za ścierkę do kurzu, natychmiast kazał jej siadać i zmuszał się do ogarnięcia domu. Nie cierpiał jak ktoś wykonuje za niego jego obowiązki. Przynajmniej te, do których nie trzeba było nie wiadomo jakiej odporności psychicznej. A do sprzątania akurat nie trzeba było. Poza tym czasem nachodziło go na sprzątanie, a kiedy już taki zryw miał miejsce, robił to naprawdę porządnie i dokładnie, nawet jeśli trwało to całą noc. Tylko mało systematycznie...
     W dni, kiedy pani Stasia miała wolne, do drzwi mieszkania pukała ciocia Aleksandra i przejmowała jej obowiązki oraz część i tak nielicznych obowiązków Hoana, czyli zmywanie i prasowanie. Tak, gdyby nie te dwie kobiety chłopak miałby przegwizdane.
     Rodzice z racji wykonywanych zawodów nie mogli sobie pozwolić na zbyt częste odwiedziny, czyli de facto kilka razy w roku. Znakiem, że zbliża się ich przyjazd było porządnie wywietrzone mieszkanie, generalne porządki i przyzwoicie zaopatrzona lodówka. No i świeże kwiaty w oknach, za każdym razem inne, bo Hoan ususzyłby nawet kaktusa. A pai Stasia i ciocia Aleksandra pochłonięte obowiązkami nie zawsze na czas odratowały zaniedbane rośliny.
     Wizyta rodziców zawsze go stresowała, bo musiał tłumaczyć, że rzucone studia to była konieczność, że za rezygnację z pracy na rzecz opieki nad chorym członkiem rodziny dostaje pieniądze z opieki społecznej. Chociaż tak na dobrą sprawę emerytura pani Kondraciuk w zupełności wystarczyłaby na utrzymanie mieszkania i pensję opiekunki. Ale dodatkowych pieniędzy nigdy za wiele. A Hoan zawsze znalazł coś na co można by wydać dodatkowe pieniądze. Czy to nowy telewizor, żeby babcia nie siedziała w swojej sypialni w ciszy gapiąc się w ścianę, czy odkurzacz, czy nowa kurtka, albo buty. Zupełnie jakby sobie na nie zasłużył... Ale niestety wbrew swojemu horoskopowi Hoan był przyzwyczajony do dobrobytu. Może niekoniecznie luksusu, bo jego rozrzutność miała swoje granice i to nie wynikające tylko z limitu na koncie. Ale tak, lubił życie na pewnym poziomie. Pewnie nie byłoby w tym nic złego, bo inni żyli na zdecydowanie wyższej stopie, ale oni jednak sobie na to zapracowali.
     Na szczęście dla chłopaka zarówno pani Stasia, jak i ciotka Aleksandra były niezwykle dyskretne i chwaliły go przed rodzicami. Żeby jeszcze było za co. Zawsze po wizycie rodziców czuł ogromna ulgę i jeszcze większego moralnego kaca. Ulgę, bo po raz kolejny udało mu się przekonać innych, że doskonale sobie radzi. Nawet wujek Stefan chyba dał się nabrać, bo nie donosił ojcu o żadnych problemach. Czasem tylko wpadał sprawdzić, czy nie trzeba gdzieś wymienić uszczelki lub odpowietrzyć grzejników przed zimą, bo zmysł techniczny Hoana był jego kolejnym słabym punktem. Jego umiejętności kończyły się na wymianie żarówki i montażu mebli. OK, uszczelki też potrafił wymienić. Tylko zwykle odkładał to na później... A moralny kac towarzyszył chłopakowi za każdym razem gdy bardzo niesłusznie rodzice byli z niego dumni. Czyli ostatnio dość często.
     W taki monotonny sposób Hoan przeżył kolejne 3 lata. Aż do śmierci pani Teresy. I znów, gdyby nie pomoc innych, w tym przede wszystkim wuja Stefana i ciotki Aleksandry (chociaż i pani Stasia była pomocna), pewnie nie dałby sobie rady z organizacją pogrzebu. Rodzice mogli przylecieć dopiero w przeddzień uroczystości, a spraw do załatwienia było mnóstwo. Ksiądz, ZUS, grabarze, nekrologi. Hoan czuł, że tego nie ogarnie. Ale trzeba mu było przyznać, że kiedy musiał, potrafił wziąć się w garść. Nie pozwolił sobie na żadne dolegliwości żołądkowe (i przy okazji na jedzenie) i załatwiał sprawę za sprawa aż zamknął listę.
     Kiedy przylecieli rodzice wszystko już było ustalone. Skrzypaczka miała grać Ave Maria, ksiądz przeczytać podziękowania. Przy trumnie obok dwóch wieńców od niego i rodziców leżeć miały wieńce z Ministerstwa, w którym babcia pracowała przed emeryturą i od Rady Gminy, w której zasiadała do czasu choroby. A Hoan miał zrobić tylko jedno – nie zemdleć.
     Z pogrzebu pamiętał niewiele. Tłumy ludzi, poczty sztandarowe i swoje myśli, ze musi przetrwać ten dzień (co na głodnego nie było wcale takie łatwe). I gorycz, że nawet w taki dzień jest egoistą. Pamiętał jeszcze, że nie uronił żadnej łzy. A potrafił się popłakać na byle romansidle. Nawet smutna piosenka była w stanie z niego coś wycisnąć. Boże, kiedy on tak zobojętniał... Mając 13 lat, na pogrzebie dziadka wylał morze łez. Chociaż to z babcią łączyła go głębsza więź. A tu nic. Potem jeszcze pochówek na cmentarzu i stypa z dość liczną rodziną, której nawet nie znał do końca. Ale babcia była zawsze doskonale zorganizowana i miała przygotowane odłożone pieniądze na strój do trumny (dość upiorne) i listę osób, które należy powiadomić (która w ciągu lat nieco się wykruszyła).
A potem? Potem Hoana dopadło życie...

     Aż trudno było uwierzyć, że od tamtego czasu minęły już trzy lata. Trzy lata, których dni różniły się od siebie długością, datą i pogodą. Może jeszcze liczbą blizn i ofiar... Co do reszty, została praktycznie bez zmian. Hoan mieszkał teraz w dwupokojowym mieszkaniu po babci całkiem sam. Ach, no i teraz było to jego mieszkanie. Okazało się, że pani Kondraciuk nie tylko zadbała, aby pieniądze z jej polisy ubezpieczeniowej przypadły wnukowi, ale na dodatek zapisała mu mieszkanie. Miało to zapewne ułatwić mu start. Niestety pani Teresa nie przewidziała, że chłopak będzie startował bardzo powoli. Właściwie to do tej pory jedynie kołował po lotnisku życia. Jeśli już w ogóle opuszczał hangar dwupokojowego mieszkania, które stało się jego azylem.
Kiedy teraz wszedł do niego, zostawiając za sobą harmider Halloweenowców, zapalił światło i rozejrzał się. Wciągnął powietrze i poczuł wciąż wyczuwalny poremontowy zapach. Wuj Stefan jak zwykle się spisał. Niegdyś na wprost wejścia znajdowało się drzwi do kuchni, do której przylegała łazienka. Przedpokój prowadził do salonu skąd z kolei mozna było wejść do jego pokoju, mocno zapchanego regałami na filmy i książki.
     Nowe rozdanie należy zacząć od nowego wnętrza – mawiała babcia. Czasem chodziło faktycznie o jakąś zmianę w domu, chociażby przemeblowanie. Nie dlatego, że stare było złe. Po prostu, żeby się czymś zająć i nie myśleć. Po je śmierci Hoan zastosował tę samą metodę. Zwykle jednak “nowe wnętrze” odnosiło się do przemeblowania duszy i ułożenia sobie w głowie nowej sytuacji. Chłopak odstawił na miejsce podróżna kosmetyczkę. Rozejrzał się po białej łazience z dodatkami chłodnego błękitu. Tak, ten klimat bardzo mu odpowiadał. Szkło, stal i drobne akcenty kolorystyczne. Przebudowanie mieszkania okazało się dobrym pomysłem.
Tak naprawdę nie planował wielkiego remontu, odświeżenie ścian, może kilka nowych mebli.
     Skończyło się na tym, że jego budżet uszczuplił się o połowę, a ze starego mieszkania nie zostało praktycznie nic. Nawet jego styl się zmienił. Co zaskoczyło nawet Hoana. Zrezygnował ze stylizowanych zdobień i klasycystycznych kształtów, które zawsze lubił na rzecz prostych linii, monochromatycznych barw, szkła i stali.
     Dawne wejście do kuchni zostało zabudowane. Teraz w korytarzu stała długa szafa na wymiar, która kryła w sobie mnóstwo szpargałów, firan, pościeli, zimowych lub letnich ubrań, w zależności od pory roku, a nawet składane łóżko, z którego korzystał, gdy przyjechali rodzice. Co prawda okazało się, że Hoan pomylił się o 10 centymetrów w wymiarach i wuj musiał o ten kawałek przesunąć ścianę salonu. Łatwiej byłoby po prostu skuć część tej ścianki lub pozwolić szafie nieco wystawać, ale Hoan nie chciał burzyć harmonii i prostych linii. No cóż, Stefan miał ochotę go udusić, ale i tak skuł tę ścianę. Zamiast stawiać ją od nowa 10 cm dalej poszli na kompromis i użyli płyt gipsowo-kartonowych. Dzięki temu zamiast zwykłych drzwi Hoan zamontował przesuwane, które chowały się w ścianie.
Łazienka, w której teraz się znajdował została rozbudowana i powiększona o część starej kuchni. Dzięki temu zmieścił tam nie tylko wannę i pralkę, ale nawet prysznic. Dzięki temu mógł zapomnieć o trzymaniu słuchawki podczas kąpieli jak to miało miejsce w poprzedniej łazience. Wuj Stefan dał mu namiar na znajomego stolarza, który okazał się genialny i w zasadzie zrobił wszystko co Hoan sobie zaplanował. Umywalka została osadzona w blacie pomiędzy dwoma wysokimi słupkami. Jeden z ręcznikami, drugi z detergentami. Chłopak z początku zastanawiał się, czy nie nadbudować pralki, ale zrezygnował. Zamiast tego ustawił ja pod blatem, a obok zmieściły się kosze na sortowanie prania. Blat okazał się idealny do odplamiania i dokładniejszego sortowania. A przestrzeń ponad nim wypełniła sznurkowa suszarka. Teraz przynajmniej nie było jej widać. Z rozwiązania drugiego słupka Hoan był szczególnie zadowolony. Stolarz podzielił go na dwie części. W przedniej, z drzwiczkami znajdowały się detergenty. Tylna składała się z półek, do których dostęp był od strony wanny. Hoanowi zależało na tym, żeby mieć wygodny dostęp do płynów i gąbek, ale, żeby nie stały na widoku.
     Wszedł do salonu połączonego teraz z kuchnią. Kiedyś był to pokój jego babci. Nie zmienił tutaj jedynie ustawienia telewizora, który nadal wisiał na głównej ścianie i układu części salonowej. Tyle tylko, że kanapę i fotel zajął szary narożnik, który był właściwie barwną plamą na białym tle. Na pierwszy rzut oka widać było, że to pokój kawalera. Nawet pomijając bałagan i blisko 40-calowy telewizor. Hoan nie zdecydował się na urządzenie klasycznej sypialni, chociaż mógł. Tylko po co. Singlowi w zupełności wystarczył ten rozkładany wypoczynek. Zwłaszcza, że i tak spał na złożonym. Pod wpływem chwili kupił minimalistyczny stolik ze szkła i metalu. Gdyby się zastanowił, doszedłby do wniosku, ze nie będzie mu się chciało co chwilę zmywać śladów palców. Ale kiedy był czysty, blat prezentował się fantastycznie.
     Za kanapą stał rozkładany stół z krzesłami. Na szczęście rzadko trzeba było go rozkładać, bo wtedy ten kąt robił się bardzo ciasny. Ale najbardziej dumny Hoan był z rozplanowania kuchni. W której zresztą spędzał najmniej czasu i generalnie tylko odgrzewał tam potrawy i robił herbatę. Ale zabudowa zajmowała całą tylną ścianę i zakręcała na drugą. Kończyła się tuż obok drzwi do byłego pokoju Hoana, który teraz był biblioteką. Chłopak nie chciał wiszących szafek, aby ograniczyć wiercenie. Poza tym przy jego 170 cm wzrostu wygodniejsze były dolne szafki z szufladami. W kącie obok stołu stanął długi słupek typu cargo, a obok przeszklona witryna z porcelaną po babci. Był to jedyny element, który łamał jednolitość białych frontów na wysoki połysk. Poza tym niemal laboratoryjna powierzchnia nie była zakłócona nawet uchwytami, bo Hoan wybrał wersję z otwieraniem dotykowym. Innym elementem wychodzącym poza schemat była czarna płyta kuchenna i stalowy okap, który niemal doprowadził wuja Stefana do białej gorączki. Ściana kominowa znajdowała się teraz w pokoju Hoana I trzeba było poprowadzić długi przewód wentylacyjny, który wymagał zamaskowania. Stefan od początku mówił, ze to zły pomysł, ale Hoan postawił na swoim. Potrafił być uparty. We wnęce kuchennej, na przeciwległej ścianie stała długa zabudowa, która na pierwszy rzut oka wyglądała jak dalsza część kuchni. Tak naprawdę była to szafa ubraniowa. Stolarz wykorzystał wysokość pomieszczenia co, dzięki dość oszczędnemu podziałowi przestrzeni pozwoliło na zmieszczenie nie standardowych dwóch, a trzech drążków na koszule. Całe szczęście, bo mimo tego zabiegu i tak w tej chwili zaczynało brakować na nie miejsca. Ale wraz ze stolarzem rozplanowali wszystko tak, ze chłopak zmieścił się ze wszystkimi rzeczami. Głównie dlatego, ze bieliznę postanowił schować w komodzie pod telewizorem. Ale i tak miał wszystko pod ręką.
Spojrzał w tamtą stronę. Na meblu stały ramki ze zdjęciami. Na jednym on w przedszkolu u matki na kolanach. Babcia zawsze powtarzała, że są do siebie podobni. Na drugim zdjęciu był z ojcem na jakimś wyjeździe wakacyjnym. Dobrze, że ktoś zrobił to zdjęcie, bo wspólne wypady były w jego domu rzadkością. Ojciec był zbyt zapracowany. Największa fotografia była zrobiona podczas studniówki. Dziwne, że jeszcze ją trzymał. Był na nim ze swoją pierwszą przyjaciółką, ze swoim pierwszym przyjacielem i... ze swoim pierwszym demonem. Na samą myśl robiło mu się niedobrze. Musiał koniecznie wywalić to zdjęcie.
Mimochodem zastanowił się nad ludźmi z fotografii i nad dziwaczną serią powiązań, która ich łączyła.
     Najwięcej go łączyło z Albine Dubois. Z miejsca ją polubił. W sumie to można powiedzieć, że był nią nawet zauroczony. I właściwie do tej pory miał do niej sentyment. Była od niego o rok starsza i przyjechała z Francji na wymianę. Dobrze znała polski, bo był to jeden z wymogów stawianych przez szkoły podsyłających sobie uczniów. Z powodu różnic programowych trafiła do jednej klasy z Hoanem. Już pierwszego dnia nie było chłopaka, który nie zapatrzyłby się w jej zielone oczy i białą jak śnieg twarz, otoczoną aureolą srebrzystych włosów. Tak się akurat składało, że Albine była... albinoską. Stąd jej imię. Trochę czasu zajęło zanim się do niego przekonała, ale od razu wyczuł potencjał.
     Hoan miał nosa do ludzi. Może nie był nieomylny, ale zazwyczaj nie myliło go ani przeczucie, ani pierwsze wrażenie. Dlatego dość skrupulatnie dobierał znajomych, a niektóre typy osobowości przekreślał od razu. Niestety dla niego potrafił się też zaangażować. Zwykle za bardzo. Bardziej niż to było warte.
     Z Andrzejem właściwie w ogóle mógł się nie poznać. Podczas gdy Hoan uczęszczał do liceum, jego dwa lata starszy przyjaciel był w rok wyższej klasie technikum. I tak naprawdę mijaliby się pewnie tylko na korytarzu, gdyby nie wspólne zastępstwo. Hoan i Albine siedzieli w ławce za Andrzejem. Chłopak wtedy nosił jeszcze krótkie włosy stawiane na żel. Kiedy widzieli się ostatnio naturalne fale sięgały prawie do ramion. Polak nie wyróżniał się jakoś z tłumu dopóki nie zaczął mówić. Już wtedy wdał się w rozemocjonowaną dyskusję z Albine. Hoan nawet nie pamiętał o jaki światopoglądowy temat poszło. Żeby było zabawniej tak naprawdę oboje byli tego samego zdania, różnili się tylko szczegółami. W końcu tę parę musiał uspokajać nauczyciel. Obecny na zdjęciu Roberto Delgado.
     23-letni wówczas Roberto był w zasadzie jeszcze studentem geografii, ale w szkole Hoana uczył hiszpańskiego. I to właśnie przez jego studia dostało mu się zastępstwo klasy, która powinna mieć w tym czasie lekcję geografii. Dobrze zbudowany, zadbany ponad przeciętność, śniady, z czarnymi kręcącymi się włosami, za którymi oglądały się wszystkie kobiety od uczennic po dyrektorkę. O ile aparycję miał ujmującą, to już z charakterem było gorzej. Jak to ktoś o nim kiedyś powiedział? Subtelny jak szarżujący nosorożec. No cóż, było w tym sporo prawdy. Bywał szorstki, niedostępny i kłótliwy. A najczęściej sprzeczał się z Andrzejem. A chłopak wykorzystywał to, że Roberto nie był jego nauczycielem i nie dawał za wygraną. Poza tym ich starcia zwykle miały miejsce poza szkołą. Mimo niewątpliwie ciężkiego charakteru Delgado potrafił czasem pokazać się z lepszej strony. No i zdobył sobie sympatię Hoana o czym teraz chłopak najchętniej by zapomniał.
     Andrzej był właściwie przeciwieństwem Roberto. Sporo niższy, w okularach, o aparycji... przeciętnej. I charakterze, który czasem wymagał od drugiego człowieka odrobiny dobrej woli. Ale Hoan lubił złośliwość i pyskatość Andrzeja. Może dlatego, że sam był trochę podobny. Chociaż Kowalczyk zdecydowanie lepiej wyczuwał moment, w którym należy się wycofać. A na co dzień był spokojny i skupiony, co też miało wpływ na to, że Hoan go polubił.
     Zastanowił się kiedy przeszło mu zaangażowanie w relacje z Albine i Andrzejem. Doskonale pamiętał czasy gdy tej dwójce udawało się go wyciągnąć do kina, na łyżwy, ba, nawet do klubu. I mimo, że oni byli parą, to nie czuł się nie na miejscu, na doczepkę. Inaczej w ogóle by z nimi nie wychodził, nie lubił się czuć jak piąte koło u wozu. I nie lubił być ignorowany. Jakby się tak dobrze zastanowić, to kiedyś Hoan nie był aż tak bardzo odludkiem. I te wspólne wyjścia naprawdę go cieszyły. Kiedy to zatracił?
     Można powiedzieć, że powoli ich drogi zaczęły się rozchodzić po ukończeniu szkoły. Jeszcze przez jakiś czas zdarzały się wspólne wypady, ale coraz częściej kontakt ograniczał się do telefonu z okazji urodzin, czy krótkiej rozmowy na Facebook'u. Zwłaszcza ostatnio.
     O ile za początek tego rozpadu Hoan mógł winić siebie, to już w późniejszym okresie Albine i Andrzej nie wykazywali inicjatywy, Chłopak nie był w stanie zliczyć ile jego wpisów do Albine zostało bez odpowiedzi, mimo że dziewczyna była on-line. Tak samo jak tego ile razy miał się umówić na kawę z Andrzejem, do którego to spotkania w końcu nie doszło. Aż przestał pytać. Aż w ogóle przestał pisać. No cóż, nie można mieć wszystkiego.
     Za to Roberto to oddzielna historia. To była znajomość krótka, skomplikowana i dzięki Bogu należała do przeszłości. W szkole cała czwórka nie wychodziła z układu uczniowie-nauczyciel, ale poza nią nie tylko byli na „ty”, ale ogólnie łączyły ich relacje koleżeńskie. Dosyć niezwykłe. Chyba spory wpływ na to miała niewielka różnica wieku między nimi. I kontaktowość Roberto. Chociaż trzeba było przyznać, że nie każdy uczeń mógł się cieszyć jego względami. A już Andrzej zarówno w szkole, jak i poza nią najzwyczajniej w świecie się z nim użerał. I tolerował Roberto głównie ze względu na Albine, która go bardzo polubiła. Ale koniec końców obaj panowie prawię się zaprzyjaźnili. Sprawdziło się powiedzenie, że kto się czubi ten się lubi.
     Zresztą z Albine i Andrzejem na początku było podobnie. Dziewczyna była pewna siebie, ambitna, zdecydowana i nastawiona na sukces. Robiła wszystko, żeby być pierwsza nie tylko w klasie, ale w całej szkole, w czym skutecznie przeszkadzał jej Andrzej. Więc rywalizowali. Poza tym oboje lubili dyskutować, a przekora Albine skłaniała ją czasem do przyjmowania kontrowersyjnej postawy, żeby tylko wywołać dyskusję. Ich wspólne utarczki przerwał w końcu Roberto. Zgłosił ich oboje do jakiegoś projektu, Hoan nawet nie pamiętał co to było. Ale pamiętał, że zły za tą decyzję Andrzej po dwóch tygodniach współpracy rozpływał się w zachwytach nad Albine. A ona nad nim. I tak się akurat składało, że oboje zachwycali się do Hoana. Czasem życie dziwnie się toczy.
     Hoan widział się z tą dwójką przeszło rok temu. Było prawie jak kiedyś. Ale prawie robi różnicę. Przede wszystkim Albine i Andrzej nie byli już parą. Właściwie to przestali nią być o ile dobrze pamiętał, od czasu kiedy kończył pierwszy rok studiów. Ale pozostali przyjaciółmi. No i Albine teraz była mężatką! Aż chciałoby się, żeby jej mężem okazał się Roberto... ale nie. Swojego aktualnego partnera i przy okazji ojca swojego niespełna rocznego wówczas dziecka poznała na studiach.
Hoan do tej pory pamiętał jak podczas tego spotkania zbył pytanie Albine, czemu nie powiedział o śmierci babci. W zasadzie to gdyby nie Andrzej, który się wygadał, pewnie też jeszcze nic by nie powiedział. Bo właściwie to co miał powiedzieć. Mieli ze sobą kontakt raz, może dwa razy do roku. To co, miał do nich dzwonić z tą nowiną? I co by to dało... przyjechaliby na pogrzeb, pocieszyli, że będzie dobrze? Bez sensu. Poza tym Albine była wtedy w ciąży, więc darował sobie takie newsy. Zresztą Andrzej też dowiedział się kilka miesięcy wcześniej, kiedy odezwał się na urodziny Hoana. Już wtedy chłopak najchętniej nic by nie mówił, ale wiedział, że trzymanie tego w tajemnicy nie ma sensu. W sumie nic nadzwyczajnego, nic wstydliwego, nic co się ukrywa przed obcymi, a co dopiero przed przyjaciółmi...
     Spojrzał jeszcze raz na studniówkowe zdjęcie. Trzeba by je zmienić na aktualniejsze. Odwrócił się z westchnieniem i podszedł do kanapy, gdzie położył plecak, który towarzyszył mu od czasów studiów. Miał w nosie, że dorosły facet z plecakiem wygląda niedojrzale, czy nieelegancko. On wcale nie czuł się dorosły. Zwłaszcza czasami... A plecak nie musiał być elegancki, tylko praktyczny. I był. Można w nim było na przykład schować paczkę ulubionych wafli ryżowych i puszkę coli, którą właśnie wyjął. Nie ma nic lepszego od tej cudownie gazowanej i słodkiej smoły. Nawet jeśli po przedawkowaniu trzeba się ratować gorącym gorzkim rumiankiem. Ale Hoanowi od jakiegoś czasu udawało się unikać problemów z żołądkiem. Co oczywiście potwierdzało, że jego gastrolog miał rację wysyłając go do psychologa, aby wykluczyć nerwicę. Teraz to wiedział, kiedy jego problemy powoli zaczęły ustępować po śmierci babci. Przez co znowu czuł się okropnie.
     Wyjął z plecaka drewnianą szkatułkę. Otworzył i przeliczył swoje shurikeny. Tym razem nie była to pamiątka rodzinna. Te popularne „gwiazdki ninja” podarował mu wuj Stefan na 20-te urodziny. Razem z sai po prapradziadku. Hoan był wtedy zaskoczony. Przede wszystkim nigdy nie miał w ręku żadnej broni. Chyba żeby nóż kuchenny uznać za oręż... Poza tym chłopak nie skrzywdziłby muchy, więc jakakolwiek broń, nawet dekoracyjna, pasowała do niego jak pięść do oka. Ale musiał przyznać, że dwa skrzyżowane sai w otoczeniu dziesięciu shurikenów, obsadzone na drewnianej tablicy nad telewizorem, dodawały wnętrzu charakteru. No i to jednak srebro. Hoan nie znał szczegółów, ale sai musiało być wykonane z dobrej jakości stali, bo nadal było ostre, i pokryte kilkoma warstwami srebra, skoro wytrzymało niezmienione tyle lat.
     Hoan rzucił okiem nad telewizor, gdzie wisiały duplikaty prezentów. Shurikeny schował do szuflady. Sai ciągle miał przypięte do pasa, z czego nagle zdał sobie sprawę. Nawet już ich nie czuł. Zdjął je i odłożył na miejsce. Do następnego wyjazdu. Spojrzał tylko na spód rękojeści gdzie wygrawerowano „herb” jego prapradziadka – zająca w kamiennym kręgu. Miało to symbolizować rok urodzenia mężczyzny czyli Zająca w żywiole Ziemi. Taki sam symbol widniał na pieczęci zamykającej dziennik, który dostał. Ten, którego nie zdołał jeszcze otworzyć. Nie zdołał, bo nie mógł złamać pieczęci. Kompletnie tego nie rozumiał. Księga była po prostu zalakowana, z odciśniętą pieczęcią. Normalnie takie pieczęcie łamało się dwoma placami. A dziennika nie dało się otworzyć nawet młotkiem. Mało tego, skórzane paski zamykające książkę tępiły każdy nóż i nożyczki, którymi próbował je przeciąć. Istna paranoja.
     Wszedł do ostatniego pokoju – swojego królestwa, w którym spędzał najwięcej czasu. Niewiele wolnego miejsca to zostało. Najchętniej wszystkie ściany zastawiłby regałami, ale wtedy nawet mimo bieli mebli nie udałoby się uniknąć efektu klaustrofobii. Nawet z zasłon zrezygnował, aby jak najlepiej wykorzystać miejsce. W jednym kącie pokoju, blisko okna, stało narożne biurko z nadstawką, przy którym zdarzało mu się spędzać nawet kilkanaście godzin dziennie. Czerń sprzętów kontrastowała z bielą drewna. Obok stał regał z grami i dokumentami. Drugi brzeg biurka przystawał do niskiej komody, która służyła nie tylko jako maskownica grzejnika, ale także przedłużenie parapetu. Świetne miejsce dla podręcznego bałaganu. Dalej, aż do końca ścian ciągnęły się regały z filmami. Kolekcja, którą zbierał przez lata.
     Jedną ze ścian zajmował wyłącznie regał z książkami. Trochę albumów po babci, encyklopedie, z których nawet nie korzystał, bo miał przecież Internet. Co jeszcze... Alex Kava, ulubiona autorka thrillerów, komplet mangi Czarodziejska z Księżyca i Slayers, komplet Harry'ego Potter'a, który przeczytał ze trzy razy od deski do deski, a filmy obejrzał z pięć razy każdy. A na końcu Saga Zmierzch, którą zaraziła go Anka. To właśnie jej zdjęcie powinno stać w salonie na honorowym miejscu. Ale Ania miała podobne podejście do robienia sobie zdjęć, co Hoan. A jego podejście było takie, że każde zdjęcie dobre, na którym go nie było.
     Właściwie to Ankę i Hoana łączyło tak samo wiele, jak różniło. Kiedy on chodził w beżach, ona ubierała się niemal wyłącznie na czarno. Kiedy Hoan podsyłał jej japoński rock, Anka katowała go ciężkim brzmieniem. Ale przynajmniej książki czytali te same. I mieli identyczne poglądy na wiele spraw.
     Barbara Anna Jakubowska, zwana potocznie Anką, była jak dotąd jedyną osobą, której udało się przetrwać niełatwą przyjaźń z Hoanem. I w jej przypadku, jak w żadnym innym miał pewność, że przyjaźń jest jak najbardziej odpowiednim słowem.
     Poznali się w liceum. Stał za nią w kolejce w sekretariacie. On składał papiery jako pierwszoroczniak, ona zmieniała szkołę. Zdecydowała się na liceum, gdy on wybrał technikum.
– Barbara Anna Jakubowska – podała papiery sekretarce.
– Rodzice lubią Beach Boys'ów? – spytał z głupia frant, co zaskoczyło nawet jego samego.
– Słucham? – spytała zdziwiona.
– Barbra-Ann, był taki kawałek Beach Boys'ów...
– Jesteś pierwszą osobą, która na to wpadła – uśmiechnęła się. – Ojciec ich uwielbia, ja nie znoszę. Dlatego używam tylko drugiego imienia. Anka – wyciągnęła rękę.
– Hoan.
– Świetnie mówisz po polsku – stwierdziła odbierając dokumenty.
– Mama jest Polką – wyjaśnił. – Mieszkam tu od 11-ego roku życia.
– Ale mimo wszystko. No nic, lecę już. Do zobaczenia być może – uśmiechnęła się szeroko odsłaniając niewielką przerwę między górnymi jedynkami. Dodawała jej uroku. Poza tym miała sympatyczną twarz, okoloną gęstymi kręconymi włosami. A kręcone włosy to było coś, co zawsze Hoana kręciło.
     Kiedy wyszła, rzucił okiem na stos, na którym wylądowały jej dokumenty. Grupa licealna. Szkoda, mieli zajęcia w dwóch różnych siedzibach. Szansa, że się zobaczą była bardzo mała. Jedynie na inauguracji roku szkolnego, która dla obu szkół była wspólna.
No i się spotkali. Dwa lata później. Anka rozpoczynała ostatni rok nauki, Hoan był w przedostatniej klasie. Właściwie zauważył ją od razu kiedy tylko weszła do auli. Ledwo się powstrzymał, żeby do niej nie zamachać.
– Hej Beach Boys'ie – rzuciła mu do ucha przechodząc obok. Dobrze, że nikt tego nie usłyszał, bo przez kolejne dwa lata by się nie uwolnił od tej ksywki.
– Hej Barbra – odciął się z przesadnym akcentem – podobno przenoszą nas do tego samego budynku.
– Na to wygląda. Więc może tym razem rzeczywiście do zobaczenia.
Dziewczyna poszła zająć sobie miejsce z koleżankami. Ledwo zdążyła odejść, zjawiła się Albine.
– Cześć – przywitała się i rzuciła okiem w stronę Anki. – Kto to był?
– Taka... znajoma.
Mimochodem odwrócił się i zerknął w kierunku dziewczyny. Stała odwrócona tyłem, pogrążona w rozmowie.
– Ej, co to był za koleś? – dotarł do niego głos jednej z jej koleżanek.
– Taki... znajomy – słysząc jej odpowiedź nie potrafił powstrzymać szerokiego uśmiechu. W końcu odwrócił się próbując przybrać naturalny wyraz twarzy.
     Miesiąc później spotkali się na tradycyjnej corocznej wycieczce integracyjnej organizowanej przez szkołę. Hoan za nimi nie przepadał, ale z kolegami z klasy zdążył się zakumplować na tyle, że przynajmniej nie czuł się niekomfortowo. Ale i tak zawsze najwięcej czasu spędzał z Albine. Niestety tym razem dziewczyna została w domu.
– Wolne? – odwrócił głowę od okna i spojrzał nieco zaskoczony.
– Tak – zabrał swój plecak z drugiego miejsca, żeby zrobić miejsce Ance. – A gdzie koleżanki?
– Mam już dosyć tych szczebiocących kretynek – prychnęła. – Ale mogę się przesiąść jeśli ci przeszkadzam.
– Nie wygłupiaj się. Po prostu się zdziwiłem.
– Powiedzmy, że wolę spokojniejsze towarzystwo.
– Najlepiej swoje własne? – spytał nieco prowokująco.
– Coś w tym stylu. Albo kogoś innego, kto czyta Browna – wskazała książkę, którą trzymał na kolanach i wyjęła swój egzemplarz Kodu Leonarda da Vinci.
     Właściwie od razu się polubili. Anka sprawiała jeszcze milsze wrażenie niż kiedy ją poznał. Poza tym jako jedna z bardzo niewielu osób rozumiała jego specyficzne, czasem wisielcze poczucie humoru. I nie zniechęcał jej jego nieco złośliwy i pesymistyczny charakter. I ku zaskoczeniu Hoana charakterystyczna dla niego fascynacja nową osobą z czasem nie minęła. Nawet teraz, po latach, była jedyną osobą, która na bieżąco wiedziała co się u niego dzieje. No i nie próbowała go zmieniać tylko przyjęła z dobrodziejstwem inwentarza. A on czuł, że ona niemal zawsze go zrozumie i może jej powiedzieć wszystko. Przynajmniej wszystko to, co w ogóle mógł zdradzić.
     Odpalając komputer spojrzał na ścianę ponad biurkiem, na jedyną w tym pokoju ozdobę. Portretowe zdjęcie babci zrobione z okazji jej 50-tych urodzin i wetkniętą w ramę kartkę. Jedną z tych wyklejanych, z gołębiem niosącym w dziobie złote serce. Poniżej zwinięty po bokach rulonik papieru z napisem „W dniu”, pod którym widać było miejsce wydarcia kolejnego skrawka. Babcia niewystarczająco szczegółowo próbowała go ukryć pod ręcznym dopiskiem „urodzin”. Do tej pory uśmiechał się na wspomnienie, gdy w wieku 17 lat zapytał ją, czy kupując tę kartkę pamiętała, że nikt nie udzieli mu ślubu przed 18-ką. Kobieta skwitowała to krótkim „mądrala” i potargała go po głowie. Zawsze tak robiła kiedy się wymądrzał. Na pewno ciężko było znaleźć urodzinową kartkę nie tylko z gołębiem, ale jeszcze z sercem. Treść życzeń znał na pamięć.

Bądź czysty jak śnieg
Wolny jak ptak
I miej serce na dłoni.

Mojemu Gołębiemu Sercu

     Uśmiechnął się smutno. Mimo intuicji Teresa Kondraciuk dwa razy w życiu wypowiedziała słowa w złą godzinę. Raz, kiedy powiedziała, że nigdy nie chciałaby być dla nikogo ciężarem i być sprawna umysłowo do końca życia. A drugi, kiedy nazwała go Gołębim Sercem. Nie mogła się bardziej pomylić.
     Cholerne zajęcze serce – pomyślał. Bo takie właśnie było. Płochliwe i niezdecydowane. I uparte przy tym jak tylko można. Hoan nie lubił o tym rozmyślać, ale tak idealnie odzwierciedlał opisy swoich znaków zodiaku, że jego zdjęcie mogliby wklejać w horoskopach.
     Jako Ryba bywał miły, skromny (coraz rzadziej) i uprzejmy. Ale jako główną cechę „odziedziczył” po tym znaku bycie melancholijnym i nieszczęśliwym. Nawet jeśli sam starał się wmawiać sobie, że było inaczej. Ale nie można mu było odmówić wrażliwości i wyrozumiałości. Chociaż może nie wtedy, kiedy sam jej od siebie oczekiwał. Ryby bywały też leniwe, co do Hoana pasowało jak ulał. Poza tym był zbyt sentymentalny, a czasem łatwowierny. Także jego brak ambicji i życie w izolacji były charakterystyczne dla tego znaku. Ale ponoć Ryby cechowały się też intuicją. Faktycznie było tak, że dużo rzeczy wnioskował szybko i nawet jeśli czasem się mylił, to bardzo szybko weryfikował wynik.
     Ale znak Zająca był chyba jeszcze gorszy. I to nawet nie jego własny znak, ale ten, który nosił jego prapradziadek. Hoan zawsze uważał, że urodził się w nieodpowiednich dla siebie czasach, ale z kalendarza wynikało, że powinien się urodzić w znaku Zająca w żywiole Ziemi czyli w roku 1932! Opis tego znaku to wypisz wymaluj Hoan. Nie dość, że potęgował upór i nieustępliwość to dodawał uwielbienie komfortu i dobrobytu, do których Hoan szybko się przyzwyczaił. Poza tym pchał do zapewnienia sobie bezpiecznego azylu i zakopania się w swojej norze, do której mało kto miał dostęp.
     I to właśnie zającem Hoan czuł się najbardziej. Strachliwym, budującym wysoki mur bezpieczeństwa, za którym mógł pozostać niedostępnym i niewidocznym dla świata, który to świat zdaniem Hoana (nie do końca bezpodstawnym zresztą) z pewnością zechce przerobić go na pasztet.
     Ale chłopak zupełnie zapomniał, że babcia uczyła go jeszcze jednego horoskopu – indiańskiego. A tam przypadł mu w udziale znak Wilka. Bardzo wrażliwego z natury, który niemal wyczuwał co się działo wokół niego i potrafił się wczuć w sytuację innych osób. Niestety ta głęboka wrażliwość sprawiała, że Wilka bardzo łatwo można było zranić, przez co wolał nie wyznawać swych głębokich uczuć. I w przeciwieństwie do prawdziwych wilków, te horoskopowe częściej szukały samotności i spokoju niż bycia z innymi. A sfera prywatna była dla nich oazą spokoju i bezpieczeństwa.
Ale horoskopy były domeną jego babci, nie Hoana. Dlatego nie zagłębiał się w ten temat. Może powinien, bo poznanie własnych cech pozwoliłoby mu zrozumieć siebie.

     Chłopak otrząsnął się z rozmyślań, odpalił muzykę i Facebook-a. Przewijał rolką myszy rzucając okiem na przelatujące treści. Post z gry, post z gry, wiadomości, reklama, post z gry, post z gry, zmiana statusu użytkownika Paweł Abramowicz, post z gry, reklama... Zatrzymał się i cofnął do statusu Pawła. Zwykle rzucał okiem na takie rzeczy i nie przejmował się. Ale tym razem był to link do artykułu, opatrzony zdjęciem, które wyglądało bardzo znajomo. Dodatkowo uwagę zwracał podpis:

I pomyśleć, że w moim mieście takie rzeczy!

     Takie rzeczy odnosiły się do domniemanego morderstwa. Zdjęcie przedstawiało ciało ewidentnie pozbawione głowy, chociaż odpowiednie miejsca były rozmazane. Co i tak niewiele zmieniało w odbiorze – bezgłowe ciało to bezgłowe ciało. Hoan raz jeszcze przyjrzał się zdjęciu. Na litość boską, co za amatorszczyzna. Nie dość, że sprawa nie została załatwiona na czysto, to jeszcze po sobie nie posprzątał. Swoją drogą gdyby Hoan spotkał na miejscu tego nowicjusza, nauczyłby go jak to się robi zawodowo. A tak na miejscu zostały zwłoki Bogu ducha winnej zakonnicy i mnóstwo śladów, w tym odcisk buta sprawcy! Dopiero teraz to zauważył, czyli sam też coś jednak przeoczył. Ale nie można mieć oka na wszystko. Chłopak miał chociaż nadzieję, ze ten idiota miał buty na zmianę. Chociaż... właściwie to za głupotę się płaci, więc może powinni go złapać. Zresztą szczere odpowiedzi na pytania policji powinny zapewnić mu spokojne miejsce w ciepłym zakładzie dla umysłowo chorych.
     Zamość. Piękne miasto. Nawet nocą. Ale i niebezpieczne. Zwłaszcza nocą. Zwłaszcza, kiedy ktoś się nie zna na swojej robocie. Ale tak się złożyło, ze Hoan się znał. W przeciwieństwie do tego nowicjusza, który go ubiegł. Chłopak rozumiał, że nowi w tej branży muszą się wiele nauczyć, a nie zawsze mają od kogo. Ale zanim się opuści miejsce pracy, wypadałoby się upewnić, ze pozbyło się śmieci. Ale ten ktoś oczywiście tego nie zrobił i Hoan musiał dokończyć za niego robotę.
   
     To była ostatnio medialna sprawa. Zakonnica z jednego z zamojskich kościołów została oskarżona o znęcanie się nad podopiecznymi domu opieki, w którym pracowała. Niby nic, co by się już wcześniej nie zdarzało. Ale akurat ta siostra słynęła ze swojej łagodności i oddania. A nagła i niezrozumiała zmiana zachowania zawsze była alarmująca, o tym akurat Hoan wiedział doskonale. Dlatego wybrał się do Zamościa.
     I jak każdy porządny Łowca zaczął od rozeznania. Namierzył potencjalną ofiarę i potwierdził swoje przypuszczenia. Intuicja nigdy w takich momentach go nie zawodziła. Klasyczny przypadek obiektu do przechwycenia i wyeliminowania.
     Pewnie z miejsca by to zrobił, gdyby nie fakt, że dostęp do zakonnicy był utrudniony. Więc musiał czekać na sposobność, żeby zrobić swoje. Ale ktoś go ubiegł! Nie do wiary, że nie zauważył konkurencji. Dopiero potem zrozumiał dlaczego.
     Konkurencją okazał się jakiś młody wikary, na pierwszy rzut oka zaznajomiony ze sztuką. Przynajmniej do pewnego stopnia. Wiedział nawet co ma robić. Szkoda tylko, że nieskutecznie. Przez co Hoan miał tylko więcej roboty.
     Kiedy poznał już przyzwyczajenia zakonnicy i przybył do kościoła o godzinie, kiedy kończyła wieczorną modlitwę, okazało się, że już było po wszystkim. Konkretnie to było po zakonnicy... Ciało pozbawione głowy leżało w kałuży krwi, a sama głowa potoczyła się pod ławki, skąd patrzyła na Hoana przerażonymi oczami. Przykry widok. Poza tym na podłodze znalazł jeszcze sporo rozlanej cieczy i porozrzucanych białych kryształków. No cóż, wikary przynajmniej dobrze zaczął.
     Hoan rozejrzał się i westchnął. Odcięta głowa nie pozostawiała wątpliwości, ze cel nie został osiągnięty. Chłopak rad, nie rad, postanowił przynajmniej trochę pomóc koledze po fachu. Takich jak oni zawsze było za mało, więc jeśli policja będzie chciała go złapać, niech się wysilą. Wytarł ślady butów księdza i swoje (jak się okazało jakiś jednak przeoczył). Chociaż o swoje martwił się najmniej, bo na akcje zawsze zakładał numer większe obuwie i specjalne nakładki. W jego profesji dyskrecja była bardzo istotna. Dobrze, że kościoły jeszcze nie inwestowały w monitoring.
     Miał już wychodzić, kiedy usłyszał jakiś hałas na zakrystii. Natychmiast schował się w niszy i zaczął nasłuchiwać. Ktoś się zbliżał. Odruchowo sięgnął do pasa, ale upomniał się w duchu. Zamiast sai, wyjął z kieszeni składane lusterko. Srebrne, z pentagramem na klapce. Kiedyś kupili sobie takie z Albine. Właściwie to ona go namówiła, bo sam nie bardzo wiedział do czego mu się może przydać. Przecież się nie malował. Ale okazało się idealne na takie sytuacje jak ta.
     Ustawił lusterko pod takim kątem, żeby widzieć odbicie nadchodzącej osoby. Kiedy twarz księdza znalazła się na linii wzroku, Hoan miał pewność. To jego nowy cel. nasunął kominiarkę na twarz i przygotował się. Słyszał jak kroki zbliżają się w jego stronę. Na szczęście nie rzucał cienia. W przeciwieństwie do wikarego. Kiedy tylko zobaczył jak wydłużający się kształt zatrzymał się na wysokości kryjówki, Hoan wyskoczył z ukrycia sypiąc mężczyźnie solą prosto w oczy.
     Ksiądz wykrzywił się i zawył z bólu. Przez ułamek sekundy Hoan mógł dostrzec prawdziwe oblicze przeciwnika. Niedobrze, sól to za mało. Tak samo te kilka kropel wody święconej, o czym zresztą przekonał się wikary, zanim z Łowcy zamienił się w zwierzynę. Takie sytuacje to był drugi przypadek, kiedy przydawało się składane lusterko. Ale najpierw należało wybawić pasożyta z ukrycia. Przy okazji czyniąc jak najmniej szkód.
     Niestety przeciwnik szybko doszedł do siebie i przeszedł do ataku. Pomagając sobie przy tym wielkim stojącym kandelabrem. Hoan ledwo uskoczył, blokując atak swoimi sai. Nie cierpiał walczyć w zwarciu. Na szczęście natura obdarzyła go kilkoma cechami, które się uaktywniały w takich momentach. Jedną z nich była zwinność.
     Parował ciosy aż wycofał się pod ambonę. Następnie wskoczył na oparcie ławki i wdrapał na balkon. Oczywiście wikary był tuż za nim i wcale nie musiał się wdrapywać gdziekolwiek. Wystarczył jeden skok, żeby uczepił się jakiejś rzeźby stojącej obok Hoana.
     Chłopak za wszelką cenę chciał uniknąć ranienia przeciwnika. Co prawda rany po srebrze goiły się szybko, ale zostawiały brzydkie blizny nasuwające wiele pytań. Tylko jak go wybawić... Jego wzrok padł na chrzcielnicę napełnioną wodą święconą. Był to jakiś pomysł. Kilka kropel to za mało, ale cała misa...
     Hoan wyczekał odpowiedni moment. Kiedy mężczyzna rzucił się w jego stronę, chłopak podskoczył, odbił się od jego głowy i wylądował na ziemi pod ołtarzem. Niestety bez gracji, przewracając dwie ławki i o mało nie depcząc po ciele zakonnicy. No cóż, wdzięku baletnicy akurat natura na taką okoliczność nie przewidziała.
     Niezbyt subtelny sposób obejścia się Hoana z napastnikiem rozwścieczył tego drugiego na tyle, że nawet bez lustra można było zobaczyć jego prawdziwą twarz. Ale to wciąż za mało.
– No, na co czekasz?! – zawołał Hoan. – Chodź tu szatański pomiocie.
     Słowa chłopaka nie zrobiły na mężczyźnie wrażenia. Pewnie nawet potraktował je jako komplement. Niemniej stanął w końcu na ziemi. Zwinnym saltem wylądował po środku przejścia. Niezbyt dogodna pozycja dla Hoana, ale mogło być gorzej.
– Ups – szepnął widząc drżące ręce wikarego. – W złą porę...
     Palce księdza zaczęły się wyginać i prostować, co nie wróżyło nic dobrego. Kiedy jego paznokcie zaczęły się wydłużać, chłopak zdał sobie sprawę, że nie trafił mu się ułomek.
     Cholerny Wolverine – pomyślał.
     Zakręcił sai na palcach jak rewolwerowiec i przyjął pozycję. Obaj ruszyli w tym samym momencie. Kiedy Hoan zablokował szpony przeciwnika aż poszły iskry. Chłopak musiał się mocno natrudzić, żeby zaciągnąć ofiarę w odpowiednie miejsce. Zwłaszcza, że długie pazury trzymały go na dystans. W końcu zablokował je w „wąsach” sai i odepchnął na boki, po czym bezceremonialnie przywalił z bańki. Jutro będzie tego żałował.
     Oszołomiony mężczyzna nie był przygotowany na kopniak w klatkę piersiową. Dobrze, jeszcze kilka metrów. Żeby tylko nie zmniejszyć dystansu... nagle rozległy się dzwony kościelne. Hoan liczył uderzenia pomiędzy blokowaniem ciosów. Naliczył pięć. Niedobrze, za trzy godziny miał pociąg, a musiał się jeszcze wymeldować z hotelu. Nie było czasu na zabawę.
     Wziął rozbieg i wykonał salto nad wikarym. Ten natychmiast się obrócił i wyprowadził cios, który Hoan zdołał zablokować. Przy okazji wykręcając mężczyźnie rękę aż coś strzeliło. Ups, chyba złamał mu rękę... Ale przeciwnik niczym się nie przejął. Chłopak uderzył jego głową o chrzcielnicę, żeby go jeszcze trochę zamroczyć, a potem po prostu wepchnął twarz do misy z wodą. Musiał mocno trzymać, bo facet strasznie się wyrywał.
     Plan Hoana działał. Poznał to po tym, że szpony zaczęły się kurczyć. Wyjął swoje lusterko i otworzył nad trzepoczącą się głową. Nie przepadał za tą metodą, ale nie miał wyjścia. Jeszcze chwila i będzie po sprawie. Nachylił się, żeby widzieć odbicie w lusterku. Ciągle tył głowy.
     Nagle Hoana przeszył ból w boku. Omal nie wypuścił lusterka. To przeciwnik wbił w niego pazury. Dobrze, że były nie dłuższe od normalnych tipsów. Ale i tak bolało jak cholera. A nie powinno. To oznaczało, że trafił na kogoś silnego. Zagryzł zęby i kopnął księdza w kolano. Jeśli złamie mu jeszcze jakąś kość, to trudno.
     W końcu w lusterku pojawiła się wykrzywiona twarz. Hoan zatrzasnął wieczko i odrzucił nieprzytomne ciało na posadzkę. Musiał przytrzymać lusterko noga, bo trzęsło się jak oszalałe. Właśnie dlatego nie lubił tej metody. Sięgnął do kieszeni po kredę i nakreślił na podłodze duży pentagram. W trójkąty wytyczone przez ramiona nasypał soli. Może przydałyby się jeszcze świece... Ale nie miał czasu. Wrzucił swoje lustro w sam środek. Klapka natychmiast się otworzyła i przed oczami Hoana stanęła upiorna postać. Na wpół materialna, częściowo bezkształtna. Demon świata duchowego. Mógł się tego spodziewać. Najczęściej wybierają księży, mnichów, zakonnice. Zjawa zawyła i rzuciła się w stronę Hoana. Ale cofnęła się jak oparzona. Nie mogła przekroczyć linii pentagramu. Ani wyrządzić krzywdy temu, kto go narysował. Dlatego chłopak po prostu wszedł do środka i wyjął swoje lusterko. Tak jak się spodziewał, wewnątrz znalazł glinianą pieczęć. Więc jego przeciwnik był jednak poślednim demonem. A jego siła musiała wynikać z tego, że długo się pałętał po ziemi. Ale czas to skończyć.
     Podszedł do wikarego i poklepał go po twarzy. Mężczyzna na szczęście otworzył oczy. I natychmiast się wzdrygnął, czego szybko pożałował, bo poruszył ręką.
– Chyba sobie coś złamałeś – powiedział prawie zgodnie z prawdą Hoan. – Spokojnie, nic ci nie zrobię. Jesteś przytomny?
– T... tak – ksiądz był wystraszony, ale zdecydowanie kontaktował.
– Skup się. Co czujesz kiedy jestem obok?
– Co?
– Co czujesz, coś wyjątkowego?
– Tak jakby... nie wiem, ale coś dziwnego.
– Właściwie to dobre określenie... A pamiętasz co czułeś przy tej zakonnicy?
– Tak.
– Umiesz te dwa odczucia odróżnić?
– Tak – tym razem zabrzmiał zdecydowanie.
– Świetnie. Teraz szybka lekcja. Przede wszystkim zdobądź lusterko. Jeśli w odbiciu zobaczysz kogoś innego niż stojący przed tobą, nie masz do czynienia z elementalistą i pozbawianie głowy nie jest dobrym wyjściem.
– Ale...
– Cicho. Pozbawiłeś kobietę życia, a demon wszedł w ciebie. Błąd nowicjusza, zdarza się. Teraz jest tam.
Spojrzeli obaj w stronę pentagramu. Wikary zbladł i Hoan wystraszył się, że zaraz odpłynie.
– Spokojnie, nic nam nie zrobi. Lustra potrafią na jakiś czas uwięzić demona, ale powstrzymać je może tylko pentagram. Byle nie odwrócony! Na elementalistów dobre jest srebro, na takich jak ten tutaj... raczej sól i woda święcona. Krucyfiks nie działa ani na jednych, ani na drugich. Nadążasz?
– Tak, ale...
– Spójrz – pokazał mu glinianą tabliczkę. – To jest pieczęć. Pozostaje kiedy „zabijesz” elementalistę, czyli pozbawisz głowy lub przestrzelisz porządnym srebrnym pociskiem, albo kiedy uwięzisz sferowca, czyli tego tam. W obu przypadkach na końcu robisz tak.
     Hoan przełamał pieczęć. Demon zawył niemiłosiernie i zamienił się w kupkę popiołu, która po chwili się rozwiała.
– Co się z nim stało? – spytał ksiądz.
– Wrócił tam skąd przybył. Nie jestem pewien czy to piekło czy coś innego. Wiesz jak rozpoznać demona?
     W odpowiedzi skinął głową.
– Elementaliści mają takie samo odbicie. Sferowców widać tylko w lustrze. Tych pierwszych możesz pozbawić głów, tych drugich nie.
– Kim jesteś?
– Łowcą, tak jak ty. Musisz znaleźć sobie jakiegoś nauczyciela.
– A ty?
– Przykro mi, działam na innym terenie. Ale wyczujesz innego Obdarzonego, tak jak mnie.
     Hoan ustalił jeszcze z wikarym wersję zdarzeń. Po wyjściu chłopaka, tamten miał zadzwonić na policję. Oficjalnie znalazł ciało zakonnicy i sam został zaatakowany. Na swoje szczęście wyszedł z tego spotkania tylko ze złamaną ręką i obolałą głową. Oczywiście nie widział twarzy sprawcy.
     Przed wyjściem Hoan uprzątnął pentagram. Co prawda gdyby w jego środku ułożył głowę zakonnicy, łatwo byłoby jej śmierć wyjaśnić jakimś obrządkiem satanistycznym. I tak nikt nie odróżnia normalnego pentagramu od odwróconego. Ale Hoan nie lubił bezczeszczenia ciał.
Pozostawała jeszcze kwestia winy wikarego. Bezsprzecznie pozbawił kobietę życia, nawet jeśli nie do końca wiedział co robi, bo myślał, że jest demonem. Niestety Hoan znał niewielu Obdarzonych, a każdy był na wagę złota. Dlatego uznał, że mężczyzna będzie musiał we własnym sumieniu ocenić co zrobi dalej. Tanaka zrobił to, co do niego należało. Odesłał w niebyt kolejnego demona.
     Wychodząc z kościoła poczuł ból w boku. Rana się zabliźniała. To dziwne, bo nie powinna boleć. Nigdy dotąd nie bolała go żadna rana zadana przez demona, ani nawet jego uderzenie. Nie do końca to rozumiał, ale rany zadane przez demona były trochę jak ugryzienia nietoperzy. Nie wiedział czy demony produkują jakiś środek znieczulający, ale mało go to obchodziło. Znaczenie miało tylko to, że natura wyposażyła go w zespół cech i umiejętności niezbędnych do walki z demonami.
     Hoan nazywał to efektem superbohatera. Na co dzień mógł być powolny i bez kondycji, ba mógłby nawet ważyć sto kilo. Ale kiedy w pobliżu zjawiał się jakiś demon, do głosu dochodziło alter ego Hoana. Odważne, silne, zwinne i wytrzymałe. Mógł godzinami ścigać zdobycz, bić się z nią, robić salta i przewroty oraz wszystko, czego wymagała sytuacja. I nie czuł zmęczenia. Przynajmniej do następnego dnia.
     Niestety syndrom superbohatera kompletnie nie przekładał się na jego tężyznę fizyczną na co dzień. Jedyne co czuł następnego dnia to potworne zmęczenie i ból całego ciała. No cóż, jakby nie patrzeć wykonywał spory wysiłek. Tylko czemu do jasnej cholery nie przekładało się to ani na spadek wagi, ani na przyrost mięśni. Ale natura Łowcy nadal była dla niego zagadką.
     Wykorzystał to, że ciągle jeszcze był nabuzowany po walce i ile sił pobiegł do hotelu. Normalnie zasapałby się przy końcu najbliższej ulicy, ale na szczęście efekt herosa jeszcze nie minął. Szybko wziął prysznic i się spakował. Miał szczęście, że zdążył na pociąg.
     To był drugi powód, dla którego Hoan nie lubił Halloween. Ludziom mogło się wydawać, że to niewinna zabawa, ale chcąc nie chcąc igrali z siłami, o których nie mieli bladego pojęcia. Faktem było, że tego dnia na ziemię przybywało najwięcej demonów. Nie bez przyczyny zwano to nocą duchów. Chociaż akurat duchy byłby najmniejszym problemem. Zdecydowanie gorsze były demony. Zarówno te materialne, elementaliści, jak i sferowcy – opętujący ludzi.
     O, tak, Hoan o demonach wiedział bardzo dużo. Zarówno tych, z którymi wałczył w realnym świecie, jak i tych, które hodował w sobie. I o ile na te zewnętrzne miał metody, to wewnętrzne zdawały się wygrywać z nim tę nierówną walkę. No cóż, nie można mieć wszystkiego. Chociaż kto jak kto, ale Hoan powinien sobie radzić z każdego rodzaju demonami. W końcu sam był jednym z nich...

Na początku był... koniec

Właściwie to pierwszy post miał się pojawić wcześniej. Miałem nawet gotowy tytuł i tekst w głowie. Nieco inny niż ten. Ale chyba podświadomie  przeciągnąłem publikację do dzisiejszego dnia. Zresztą to dzięki pomocy znajomego, który wyręczył mnie z pracy nad bannerem :) Dziękuję M. ;)

Na początku pewnie wypadałoby napisać o czym ten blog ma być. Tyle, ze to właściwie będą dwa blogi :D Jeden z powieścią, drugi codzienny, gdzie będą pojawiać się moje przemyślenia, czasem jakieś uzupełnienia. Postaram się to tak zorganizować, żeby wszystko było czytelne :)


Dziś mija dzień, od którego liczę pewien symboliczny roczny okres. Taka mała „rocznica”, chociaż jak się okazało ani to czego ten okres dotyczy nie zaczęło się w ten dzień, tylko wcześniej, ani nie przetrwało całego roku. No cóż, bywa. Ale traktowałem ten dzień jako granicę podjęcia pewnych decyzji. I mimo, że zostały podjęte wcześniej, to dla mnie nic się nie zmieniło jeśli chodzi o plany.

To był bardzo dziwny okres. Dokładna opowieść o nim byłaby długa, ale to nie czas i miejsce na nią :) Ten czas przyniósł mi dużo dobrego i złego. Chwilę radości, optymizmu, uśmiechu i długich rozmów niemal do świto. Ale także rozgoryczenia, złości, smutku, cierpienia i bólu. Tych drugi było chyba więcej... Bo odczuwałem je podwójnie. Za siebie i za kogoś innego..,

Ale to był też dla mnie czas, żeby nauczyć się czegoś o sobie, o innych ludziach, pewne rzeczy przewartościować. Wiem już na pewno, ze potrafię być oddany. More nawet beznadziejnie oddany i jak to określiła moja przyjaciółka „wierny jak pies”. Tak, coś w tym jest... Przekonałem się też, ze potrafię się beznadziejnie zaangażować, być dla kogoś nie zważając na swoje uczucia, Chociaż to jedna strona medalu. Z drugiej jest... bezsensowne, szkodliwe przywiązanie, graniczące z uzależnieniem. A to nigdy nie jest dobre. Nauczyłem się też, ze jestem w stanie przesuwać granice swojej wytrzymałości i pewnie przesuwałbym je nadal, gdyby ktoś inny nie miał z tym problemu większego ode mnie.

Czego się jeszcze nauczyłem? Że czasem trzeba wybrać zdrowy rozsądek zamiast podszeptów serca. Nawet jeśli się wie, że będzie bolało.  Dlaczego? Bo po bólu człowiek w końcu osiąga spokój. Chociaż ja miałem „łatwiej”. Pomogła mi złość i rozgoryczenie postawą ludzką. Ale to bardzo dobrze, bo miałem chwilę, żeby oderwać się od kołowrotka wydarzeń i uczuć i mogłem podjąć świadomy wybór, że wysiadam z tej karuzeli na własne życzenie. I jest w tej metaforze pewna symboliczna dosłowność. W ciągu tego roku  z dość regularną powtarzalnością znajdowałem się w tym samym punkcie. I nawet jak jedną nogą byłem już za tą karuzelą to nie udało mi się wysiąść. Ale na moje szczęście zwolniła na tyle, a nawet się zatrzymała, że zdążyłem zrobić ten ostatni krok. I nie dałem się zaprosić na kolejną przejażdżkę.

Zastanawiam się, czy czegoś w tym okresie żałuję. Pewnie tego, że nie ułożyło się lepiej. Że mimo obustronnych niejednokrotnych prób, mimo wzajemnych nauk i postępów happy end diabli wzięli.  A także tego, że inni nie potrafią zsiąść ze swojej karuzeli kiedy zwalnia i się zatrzymuje, mimo że obok stoją ludzie gotowi uchronić ich przed upadkiem. Ale nie można wiecznie stać i czekać aż ktoś się odważy zrobić krok. Czasem trzeba myśleć o sobie i iść swoją drogą.

Już nie stoję nad przepaścią. Nie szukam liny. Nie potrzebuję jej. Patrzę w dół. Zamiast nieprzeniknionej pustki widzę lazur nieba. Czuję ciepły podmuch wiatru. Ale lina wciąż leży nieopodal. Podchodzę do niej... I podpalam. Żeby już nikt mi jej nie rzucił. Patrzę w stronę krawędzi. Uśmiecham się. Nie wiem czy sam do siebie, czy do Słońca na niebie.

Biorę rozbieg i skaczę. Rozpościeram ręce. Pęd powietrza chłodzi mi twarz. Nie jest zimny, jest przyjemnie chłodny. Lubię taki chłód. Patrzę w dół, w odbicie Słońca w tafli zimnej wody. Zmieniam pozycję na lot nurkowy. Przebijam wodę. Żeby tafla zamknęła się za mną jak drzwi. Zostawiając Słońce za sobą. Czas płynąć. Czasem z prądem, czasem pod prąd. Ale na pewno swoim własnym nurtem :)


Z oddali to co wielkie,
swój ogrom traci w mig.
Dawny strach co ściskał gardło,
na zawsze wreszcie znikł!

Zobaczę dziś czy sił mam dość,
by wejść na szczyt, odmienić los.
I wyjść zza krat, jak wolny ptak.
O tak..!


Mam tę moc!
Mam tę moc!
Rozpalę to co się tli.
Mam tę moc!
Mam tę moc!
Wyjdę i zatrzasnę drzwi!