Pierwsze posty za mną, więc przydałoby się nieco "zasad" wprowadzić :)
Zdecydowałem się na prowadzenie na jednym blogu wpisów z życia i tych literackich. Niestety blogi nie mają funkcji dodawania postów w kartach (chyba, ze o czymś nie wiem), więc wszystko ląduję na jednej stronie :(
Żeby ułatwić nieco odszukanie postów o danej tematyce posłużyłem się etykietami. "Codziennie" będą oznaczone posty z zrycia, moje przemyślenia, wspomnienia i co mi tam jeszcze do głowy przyjdzie. "Literacko" to posty z fabułą.
I to chyba najistotniejsza informacja. Etykiety są do wglądu w prawym pasku bocznym, mam nadzieję, że to pomoże znaleźć odpowiednią grupę postów :)
Zastanawiam się nad stroną na Facebooku, ale muszę to jeszcze przemyśleć. Póki co jeśli ktoś będzie zainteresowany może skorzystać z subskrypcji na Email, a do kontaktu użyć formularza :)
Pozdrawiam
H.T.
piątek, 31 października 2014
czwartek, 30 października 2014
Rozdział 1
ROZDZIAŁ 1
*
Jednoaktówka jesienna z życia
pesymisty
Nad ulicą wiatr zagwizdał
Ciche requiem zwiędłym kwiatom
Nie dopatrzył pesymista
A tu przeleciało lato
A tu jesień, lecą liście, na podłogę
oczywiście, a najbardziej pesymiście...
Dawno temu, chyba wiosną
Kogoś szczerze umiłował
Lecz do czynów już nie doszło
Były tylko ciepłe słowa
A tu jesień, lecą liście, na podłogę
oczywiście, a najbardziej okuliście...
Niebem chmury się mozolą
I ostatni padł słonecznik
Załkał cicho nad swą dolą
Pesymista aspołeczny
Słońce już dawno zaszło za
horyzont, ale ulice pozostały całkiem widne. Głównie za sprawą
szczerzących się dyniowych głów i grupek dzieciaków z
latarniami. Kilka lat temu zupełnie nie do pomyślenia. Zwłaszcza
tutaj. A jednak się przyjęło. Nawet w, jak się zdawało,
konserwatywnej Polsce. Znak czasów? Czy chwilowa moda? Bo raczej nie
wróżba szerszego otwarcia.
Hoan nie przepadał za Halloween nawet
bardziej niż za Walentynkami. Chociaż te ostatnie miały
przynajmniej pozornie jakiś głębszy sens. Przynajmniej dla tych,
którzy je obchodzili. A Hoan obchodził je po swojemu. Czyli z
daleka. Tak samo jak z daleka obchodził Halloween. Co wszystkich
bardzo dziwiło, bo według każdego kto go znał, jako Japończyk
powinien być bardziej otwarty.
Ale Hoan miał swoje powody, żeby nie
lubić tego „święta”. Przede wszystkim w taką Halloweenową
noc pełniąc służbę, zginął jego dziadek. Pięcioletni wówczas
chłopiec potrzebował przeszło miesiąca żeby pogodzić się ze
stratą i jakoś poukładać sobie wydarzenia tamtej nocy. Po dziadku
zostały mu dwie pamiątki: sporej objętości dziennik, którego do
tej pory nie zdołał otworzyć i dwa sai. Broń japońskich ninja,
tak zwany „róg śmierci”. O ile dziennik chłopak otrzymał tuż
po tym jak doszedł do siebie po żałobie to sai czekały
bezpiecznie ukryte przez ojca aż do chwili wyjazdu Hoana do Polski.
Bo Hoan Tanaka był w połowie
Polakiem. A biorąc pod uwagę ile lat spędził w tym kraju, to może
nawet w trzech czwartych lub więcej. Urodził się w mieszanej
rodzinie. Ojciec Japończyk, urzędnik państwowy, poznał jego matkę
polonistkę na delegacji w Polsce. Zdążył ściągnąć ją do
siebie zanim sytuacja w jej Ojczyźnie stała się ciężka. Strajki,
trudy życia w stanie wojennym, Okrągły Stół, to wszystko jego
matkę ominęło. Choć jak mówiła nie bez bólu, bo zostawiła tu
całą rodzinę. Najbardziej żałowała, że opuściła babkę
Hoana, ale Teresa Kondraciuk była twardą kobietą i umiała sobie
radzić jak mało kto. Wiedziała komu się przypodobać, żeby było
lżej. Więc oficjalnie była w Partii i pracowała jako sekretarka,
a na boku “romansowała” z Solidarnością. I o dziwo nie wydało
się to aż do wolnych wyborów.
Zresztą gdyby nie babcia Teresa, mama
Hoana nie wyjechałaby z kraju. To starsza pani Kondraciuk namówiła
córkę przeczuwając, że coś się święci. O tak, Teresa miała
intuicję i bardzo ją sobie chwaliła. Potem śmiała się, że Hoan
odziedziczył to po niej. Tak jakby to było możliwe.
Kiedy Polska stała się wreszcie
krajem demokratycznym, Elżbieta Kondraciuk-Tanaka (bo nigdy nie
zrezygnowała z nazwiska panieńskiego) spędzała tam każde wakacje
i obowiązkowo co najmniej jedno z najważniejszych świąt. A Hoan
wraz z nią. Zresztą jako katoliczka z krwi i kości matka miała
bardzo rygorystyczne podejście do Świąt. Musiały być rodzinne i
zgodne z tradycją, oczywiście polską.
Ojciec Hoana dla odmiany prawie w
ogóle nie przywiązywał wagi do tradycji, nawet rodzimej. Ale co
roku karnie wyszukiwał najlepszego karpia, żywą choinkę i
prezenty z głębią. Niech by mu się tylko zdarzyło kupić żonie
patelnię. Hoan już widział znaczek producenta odciśnięty na
czole ojca. Kiedy wszystko było już gotowe, stół uginał się pod
ciężarem dwunastu potraw (czego nikt z japońskich znajomych
Tanaków nie umiał pojąć), Hoan wraz z ojcem wkładali
wykrochmalone białe koszule i garnitury, czego chłopak serdecznie
nie znosił. I choć mało z tego okresu pamiętał, to wspomnienie
tego swoistego kaftana i zbolałej miny ojca zawsze mu towarzyszyły
w czasie Świąt.
I tak japońskie życie Hoana toczyło
się do 10 roku życia, kiedy to podczas wakacji babcia Teresa
uznała, że warto chłopcu pokazać coś więcej niż mieszkanie na
czwartym piętrze w podwarszawskich Markach. Więc obie kobiety i
Hoanek (jak lubiła go nazywać babcia) wyruszyli w drogę po kraju
zaliczając najważniejsze zabytki i najpiękniejsze widoki.
Najwspanialszy miesiąc w życiu.
Tyle tylko, że żadna z kobiet nie
wzięła pod uwagę, że 10-latek tak bardzo zakocha się w Polsce,
że nie będzie chciał z niej wyjeżdżać. Musieli nawet przełożyć
wyjazd o tydzień, bo Hoan przepłakał całą noc. W końcu kobiety
po długiej rozmowie dały za wygraną i poszły na kompromis. Układ
był następujący: Hoan z matką mieli wrócić do Japonii, a jeśli
za rok wciąż będzie chciał zostać w Polsce, postarają się to
jakoś załatwić. Oczywiście obie panie Kondraciuk wierzyły, że
po powrocie do Japonii chłopiec szybko zapomni o Polsce. Ale
intuicja Teresy najwyraźniej musiała przysnąć gdzieś w kącie,
bo w przeciwnym razie, wiedziałaby, że tak się nie stanie. A może
doskonale wiedziała, ale nie chciała martwić córki.
Po powrocie do kraju kwitnącej wiśni
Hoan zaskoczył ojca prośbą o kalendarz. Matka też tego nie
rozumiała, ale długo wyczekiwany jako jedynak chłopak był nieco
rozpieszczany. Poza tym kalendarz nie był jakąś szczególnie
niepokojącą zachcianką. Przynajmniej do czasu.
– Jeszcze 40 tygodni – Elżbieta
odwróciła się w progu, kiedy syn wieczorem pożegnał ja tymi
słowami.
– Do czego? – spytała zaskoczona.
– Do następnych wakacji – wskazał
kalendarz. Ojciec, który przechodził korytarzem, zatrzymał się i
zajrzał do niego w chwili, gdy matka przeglądała kalendarz z
przekreślonymi kolejnymi dniami. Nieprzypadkowo przekreślonymi
czerwonym flamastrem.
– O co chodzi? – spytał Kenta
widząc troskę na twarzy kobiety.
– Och, nic. Później ci powiem –
odparła po czym zwróciła się do syna. – A ty już spij mój
Gołąbku.
Kiedy pół roku później kalendarz
Hoana nie tylko nadal pozostawał poprzekreślany, ale na dodatek w
kółkach pojawiły się oznaczenia polskich świąt państwowych,
Elżbieta zdecydowała się na poważną rozmowę z mężem.
Opowiedziała mu o zeszłych wakacjach i wymyku jaki zastosowały z
matką, żeby nakłonić chłopca do powrotu do Japonii.
– Teraz rozumiem – powiedział z
goryczą. – Wiesz o co mnie spytała jego nauczycielka w zeszły
czwartek? Czy to prawda, że przeprowadzamy się do Polski. Bo Hoan
opowiada kolegom, że po kolejnych wakacjach nie wraca do Japonii.
– Czemu mi nic nie powiedziałeś? –
w oczach kobiety pojawiły się łzy.
– Bo myślałem, że to jego wybujała
wyobraźnia.
– I co my teraz zrobimy...
– Jak to co? Zaczniemy przygotowywać
dokumenty. Wiesz, że nie będzie łatwo, zwłaszcza w naszej
sytuacji, ale uruchomię swoje znajomości.
– Oszalałeś? Chcesz...
– Spełnić obietnicę, którą dałaś
naszemu synowi – odparł cierpko. Ale przytulił szlochającą
kobietę. – Będzie dobrze. Może to go nawet zahartuje.
– Ale co ze mnie za matka, która
oddaje dziecko? – Elżbieta zalała się łzami.
– Kochamy naszego syna –
przypomniał jej. – A jego babcia kocha go nie mniej od nas. Dobrze
się nim zaopiekuje. A przy odrobinie szczęścia na starość on
odwdzięczy się jej tym samym. Poza tym obiecałaś. Nie wiem czemu,
bo jako pedagog wiesz, że nie powinnaś czegoś takiego obiecywać
dziecku. Ale to nie ma teraz znaczenia. Wiesz co sądzę o
obietnicach.
– To kwestia honoru. Cokolwiek
obiecasz, dotrzymaj słowa, bo bez honoru nie jesteś człowiekiem –
powtórzyła maksymę męża.
– Dokładnie. Spokojnie, poradzimy
sobie.
Hoan oglądał tę scenę przez
przymknięte drzwi, siedząc na schodach. I mimo, że zal mu było
płaczącej matki, to jednak górę wzięła przepełniająca go
radość. Tak, to był czas, gdy jeszcze coś go cieszyło.
Pół roku później Hoan stał z
matką i ojcem na lotnisku czekając na babcię i wuja Stefana. Tak
właściwie to nie byli spokrewnieni. Stefan był przyjacielem
rodziny jeszcze z czasów, gdy rodzice Hoana się poznali. A teraz
znów się sprawdził i pomógł załatwić wiele skomplikowanych
spraw, których mały Hoan nie rozumiał. Ale jako notariusz Stefan
był obeznany w niektórych zawiłościach prawnych. A jeśli czegoś
nie wiedział sam, to mógł się poradzić kolegów ze środowiska
prawniczego. Rodzice Hoana rozumieli jak wiele mu zawdzięczają i,
ze być może będą zawdzięczać nadal.
– Obiecuję, że się nim zaopiekuję
– mężczyzna po czterdziestce, z pierwszymi oznakami siwizny na
zaczesanych do tyłu włosach, podał rękę Kencie, a Hoana potargał
po czuprynie. – Wiem co mówię – dodał widząc minę Tanaki.
Też znał jego maksymę.
Hoan spędził kolejny miesiąc z
rodzicami. Była to dla nich nowość, bo do tej pory ojciec nie mógł
sobie pozwolić na więcej niż tydzień urlopu. A i wtedy potrafił
znikać na pół dnia, lub częściej na całą noc. A teraz od
miesiąca był z nim i mamą tutaj. Kiedy razem ze Stefanem nie
remontowali mieszkania babci, Tanakowie całą trójką chodzili do
ZOO, lunaparku, a nawet muzeum. Ale Hoana i tak najbardziej cieszyły
chwile spędzone razem na wybieraniu mebli i dodatków do jego
pokoju. Zwłaszcza, że bardzo dużo mógł wybrać sam.
Teresa Kondraciuk w tym czasie nie
towarzyszyła rodzinie. Wiedziała, że teraz każdą możliwą
chwilę powinni spędzić razem. Ona będzie tego Gołąbka miała
dla siebie na co dzień. Kobiecie przyszło do głowy, że może
córka odziedziczyła po niej intuicję, bo Gołąbek tak bardzo
pasował do Hoana. Był taki subtelny i niewinny. Moje Gołębie
Serce – pomyślała ciepło mając nadzieję, że okaże się to
dobrą wróżbą. Ale czasem nawet ona się myliła.
Mimo, że Hoan ciężko przeszedł
rozstanie z rodzicami, to wiedział, że chce zostać w Polsce. Takie
zachowanie było charakterystyczne dla ludzi spod znaku Ryb. A kiedy
dodało się do tego rok urodzenia w znaku Zająca pod władaniem
żywiołu Ognia wszystko stawało się jasne. Przynajmniej dla jego
babci, która horoskopy miała w małym palcu. Próbowała nimi nawet
zainteresować Hoana, ale bez większego efektu.
Tak więc w wieku 11 lat Hoan trafił
do praktycznie obcego kraju i nowej szkoły. O ile z nauką radził
sobie nie gorzej od innych dzieci, a z języka polskiego i matematyki
był w ścisłej czołówce, to z rówieśnikami nie do końca
potrafił się dogadać. Ale chłopak zawsze odstawał od innych, lub
jak mawiała jego babcia – wymykał się stereotypom. Teraz określa
się to raczej jako bycie outsiderem. Albo po prostu dziwnym.
To nie tak, że nie miał kolegów.
Kilku miał, tylko żadna znajomość nie przetrwała do obecnych
czasów. Zresztą już dawno nauczył się, że prawdziwe przyjaźnie
mogą się zrodzić najwcześniej w liceum.
W jego przypadku było podobnie. Jak
dotąd okres liceum oceniał jako najbogatszy w doświadczenia. I
bynajmniej nie były to doświadczenia charakterystyczne dla ludzi w
jego wieku. W zasadzie w tym okresie okazało się jak mało go łączy
z rówieśnikami. Hoan był zaprzeczeniem przeciętnego nastolatka,
który imprezował, palił i buntował się przeciw każdemu i
wszystkiemu. Sam był zaskoczony, że praktycznie nie przechodził
klasycznego buntu. Żadnego wyłączania telefonu, gdy dzwoniła
babcia, żadnych wagarów (poza dwoma lub trzema przypadkami), czy
uciekania z domu. Co bardzo cieszyło panią Kondraciuk, bo jej
Gołębie Serce uchodziło za niezwykle ułożone i spokojne. A ona
sama miała dość partnerskie podejście do chłopaka. Co by się
nie działo, mógł się do niej zwrócić ze wszystkim i podzieli
każdą troską.
Także jego relacje z kolegami się
poprawiały. Nie był co prawda duszą towarzystwa, co dziwiło jego
babkę i stało w sprzeczności z jej doświadczeniem, i czasem
odnosiło się wrażenie, że jest jak na swój wiek nad wyraz
dojrzały i poważny, ale niewielkie grono osób udało mu się
zjednać i zaprzyjaźnić. Co prawda zaliczył też kilka mocnych
potknięć i niektóre przyjaźnie udało mu się zepsuć, ale o tym
akurat już pani Teresa nie wiedziała. Jak i o wielu innych
sprawach, bo wraz z wiekiem Hoan stawał się coraz bardziej skryty i
oddalał od kobiety.
Najcięższy okres rozpoczął się
dla Hoana pod koniec liceum, przed maturą. Podczas gdy wszyscy
koledzy bunt młodzieńczy mieli już za sobą i wzięli się za
naukę do egzaminu dojrzałości, on miał coraz mniej chęci do
nauki i opuszczał zajęcia. Ale tylko te mniej istotne. Niemniej
udało mu się ukończyć liceum z nie najgorszymi ocenami i maturą
w kieszeni. Chociaż stać go było na lepsze noty.
Ale nikt nie wiedział, że poza
maturą Hoan miał inne zmartwienia. Kiedy był w ostatniej klasie,
zmarł kochany brat jego babci. Kobieta mocno to przeżyła. Stała
się rozkojarzona, prowadzenie samochodu sprawiało jej trudność,
bo gdy Hoan mówił „teraz w prawo”, kobieta jechała prosto,
pomimo że znała drogę bardzo dobrze. Dopiero kiedy wnuk na nią
krzyknął dotarł do niej sens jego słów. Poza tym często
powtarzała pytania lub miała problemy z kojarzeniem. A Hoan nie
mógł pojąć jak niespełna 60-letnia kobieta mogła się tak
szybko zmienić. Oczywistym zdawało się, że to stres związany ze
śmiercią brata.
Kiedy jednak stan babci zamiast się
poprawiać, zaczął się pogłębiać Hoan zgłosił się z prośbą
o pomoc do wujka Stefana, który jak zawsze stanął na wysokości
zadania. Zresztą do tej pory stał na posterunku. I tak między
zajęciami na uczelni jeździli obaj z panią Teresą od lekarza do
lekarza. W końcu szczegółowe badania dały diagnozę –
Alzheimer. Choroba dająca u kobiety dość niejednoznaczne objawy i
postępująca nad wyraz szybko. Jej postęp był jednak na tyle
wolny, że babcia przysporzyła Hoanowi wielu trosk. A kiedy się
zatrzymał nie było już pani Teresy tylko cień człowieka –
chudego, wyniszczonego i niezdolnego do samodzielnego życia.
Matka Hoana przyjeżdżała do Polski
kiedy mogła i wspierała jak tylko potrafiła. Głównie finansowo i
organizując opiekę nad kobietą. Poza tym była jeszcze siostra
dziadka, która przyjaźniła się z Teresą. I to mimo tego, że
pani Kondraciuk rozwiodła się z mężem dobre kilkanaście lat
temu. Ale ciotka Aleksandra była na tyle oddana, że na co dzień
pomagała w opiece nad kobietą żeby Hoan mógł studiować. Bo
jedno było pewne od początku – nie oddadzą babci do domu opieki.
Tego jak bardzo Hoan przeżył chorobę
babki na dobrą sprawę nie wiedział nawet on sam. Dopiero po latach
powoli zaczął zdawać sobie z tego sprawę. Z powodów zdrowotnych
nie tylko Teresy, ale i swoich wziął urlop dziekański na uczelni.
Najpierw na rok, potem na drugi, aż w końcu z uwagi na wyjątkową
sytuację wyprosił u dziekana trzeci. Po czym i tak nie wrócił na
studia. Do tej pory nawet nie zabrał papierów z uczelni.
Sam także podupadł na zdrowiu.
Bardzo schudł. Chociaż to akurat uważał za jedyny plus w całej
tej sytuacji, bo nie musiał dbać o linię. Tylko tego, w jaki
sposób doszedł do takiej wagi nie życzył nikomu. Oczywiście nie
słuchał rad, żeby iść do psychologa. Był pewien, że jego
problemy to nie jest kwestia głowy tylko żołądka. Poza tym...
ludzie radzili sobie z gorszymi tragediami. Jego sytuacja w jego
opinii nie była tak zła, żeby sobie z nią nie radzić tak bardzo
jak on. Poza tym nie pozwalała mu na to męska duma. Chociaż może
„duma” nie była odpowiednim słowem. Ale to odpowiednie słowo
leżało gdzieś niedaleko „dumy”. Poza tym po prostu nie lubił
psychologów. Nie tak, że nie wierzył, że mogli pomóc. Owszem,
mogli. Każdemu, tylko nie jemu. To przekonanie towarzyszyło mu
zresztą także w innych sferach życia. No i nie lubił jak się go
analizuje. Chociaż sam analizował innych i mimo szczerych chęci
nie potrafił się tej przypadłości wyzbyć.
W ciągu kilku lat udało mu się
zaniedbać nie tylko zdrowie, studia, czy przyjaźnie (poza
praktycznie jedną), ale również to co najważniejsze – relację
z babcią. I sporą część swojego człowieczeństwa. Chociaż
jakie relacje można mieć z kimś, kogo jedyną oznaką, że poznaje
znajomą osobę jest przerywany, gardłowy śmiech. A na dalszym
etapie była to reakcja niemal na wszystko. Hoan szczerze się za to
nienawidził, ale nie miał cierpliwości, ani do tej choroby, ani do
babci. I nie miał też sił, aby się od tego odciąć i zająć
pracą. W ogóle sił starczało mu tylko na poranne zakupy i
całodzienną posiadówkę przed komputerem. Za zamkniętymi drzwiami
swojego pokoju, w którym spożywał nawet posiłki. Wszystko inne
zaczęło stanowić problem nie do pokonania. Czy to większe zakupy
w mieście, czy spotkanie ze znajomymi. Zresztą podczas tych spotkań
czułby się skrępowany. Jego znajomi kończyli studia, pracowali, a
on stał w miejscu. Więc co im miał powiedzieć, że babcia jest
chora, nie ma szans na poprawę, a on ostatnio obejrzał film lub
przeczytał książkę? A tak w ogóle to dziękuje za herbatę, bo
go skręca. Nie, lepiej było po prostu się nie spotykać.
Więc się nie spotykał. Realnych
przyjaciół zamienił na wirtualnych, co było bardzo wygodne.
Przede wszystkim nie wymagało wychodzenia z domu. Rozmawiał z nimi
kiedy byli on-line. Niektórzy nawet dostąpili wątpliwego zaszczytu
poznania go lepiej. Próbowali nawet moralizować, namawiać do
zmiany podejścia, ale szybko zdali sobie sprawę, ze to na Hoana nie
działa. I całe szczęście, że odpuścili, bo przecież on zawsze
wiedział najlepiej. Poza tym i tak nie wiedzieli wszystkiego. W
zasadzie to nikt tak naprawdę nie wiedział o nim wszystkiego. Pod
tym względem był akurat konsekwentny i zaparty. To co
najtrudniejsze trzymał dla siebie.
Na szczęście przynajmniej z opieką
nad babcią nie był całkiem sam, bo by sobie kompletnie nie
poradził. To znaczy i tak sobie nie radził, ale ten sposób
nieradzenia sobie przynajmniej nie odbijał się w tak dużej mierze
na innych. Zgodnie z głównym założeniem Teresa została w domu.
Głównie dlatego, że chłopak bał się, że zaniedba babcię, że
nie przyjedzie w odwiedziny, bo znów zatrzyma go żołądek lub nie
będzie mógł patrzeć na postęp choroby. W końcu... że o niej
zapomni. A babcia na to nie zasługiwała. Swoją drogą nie
zasługiwała też na takiego wnuka. Ale może lepiej dla niej
byłoby, gdyby jednak trafiła do domu opieki. Od obcych ludzi
otrzymałaby więcej ciepła, wyrozumiałości i opieki niż od
Hoana.
Po krótkiej i niezbyt owocnej
współpracy z pielęgniarką środowiskową, która była
nieuprzejma i podejście miała niewiele lepsze od Hoana, czyli
mówiąc najprościej koszmarne, chłopak po konsultacji z rodzicami
i ciotką Aleksandrą postanowił poszukać opiekuna z doświadczeniem
i nieco większą empatią. I znalazł panią Stasię. To była
naprawdę złota kobieta. Przychodziła trzy dni w tygodniu i co
drugą sobotę. Zjawiała się z samego rana, żeby Hoan poszedł po
zakupy (a najczęściej przynosiła je ze sobą) i wychodziła gdy
przebrała panią Kondraciuk i ułożyła do snu. Poza tym widząc
marne umiejętności chłopaka w kuchni zajęła się gotowaniem nie
tylko dla swojej podopiecznej, ale i dla niego. I pewnie tylko dzięki
temu jego waga nie spadła poniżej 60 kg. Czasem zdarzało się jej
nawet posprzątać. W przeciwieństwie do Hoana, który był
strasznym bałaganiarzem. Chociaż kiedy widział jak pani Stasia
łapie za ścierkę do kurzu, natychmiast kazał jej siadać i
zmuszał się do ogarnięcia domu. Nie cierpiał jak ktoś wykonuje
za niego jego obowiązki. Przynajmniej te, do których nie trzeba
było nie wiadomo jakiej odporności psychicznej. A do sprzątania
akurat nie trzeba było. Poza tym czasem nachodziło go na
sprzątanie, a kiedy już taki zryw miał miejsce, robił to naprawdę
porządnie i dokładnie, nawet jeśli trwało to całą noc. Tylko
mało systematycznie...
W dni, kiedy pani Stasia miała wolne,
do drzwi mieszkania pukała ciocia Aleksandra i przejmowała jej
obowiązki oraz część i tak nielicznych obowiązków Hoana, czyli
zmywanie i prasowanie. Tak, gdyby nie te dwie kobiety chłopak miałby
przegwizdane.
Rodzice z racji wykonywanych zawodów
nie mogli sobie pozwolić na zbyt częste odwiedziny, czyli de facto
kilka razy w roku. Znakiem, że zbliża się ich przyjazd było
porządnie wywietrzone mieszkanie, generalne porządki i przyzwoicie
zaopatrzona lodówka. No i świeże kwiaty w oknach, za każdym razem
inne, bo Hoan ususzyłby nawet kaktusa. A pai Stasia i ciocia
Aleksandra pochłonięte obowiązkami nie zawsze na czas odratowały
zaniedbane rośliny.
Wizyta rodziców zawsze go stresowała,
bo musiał tłumaczyć, że rzucone studia to była konieczność, że
za rezygnację z pracy na rzecz opieki nad chorym członkiem rodziny
dostaje pieniądze z opieki społecznej. Chociaż tak na dobrą
sprawę emerytura pani Kondraciuk w zupełności wystarczyłaby na
utrzymanie mieszkania i pensję opiekunki. Ale dodatkowych pieniędzy
nigdy za wiele. A Hoan zawsze znalazł coś na co można by wydać
dodatkowe pieniądze. Czy to nowy telewizor, żeby babcia nie
siedziała w swojej sypialni w ciszy gapiąc się w ścianę, czy
odkurzacz, czy nowa kurtka, albo buty. Zupełnie jakby sobie na nie
zasłużył... Ale niestety wbrew swojemu horoskopowi Hoan był
przyzwyczajony do dobrobytu. Może niekoniecznie luksusu, bo jego
rozrzutność miała swoje granice i to nie wynikające tylko z
limitu na koncie. Ale tak, lubił życie na pewnym poziomie. Pewnie
nie byłoby w tym nic złego, bo inni żyli na zdecydowanie wyższej
stopie, ale oni jednak sobie na to zapracowali.
Na szczęście dla chłopaka zarówno
pani Stasia, jak i ciotka Aleksandra były niezwykle dyskretne i
chwaliły go przed rodzicami. Żeby jeszcze było za co. Zawsze po
wizycie rodziców czuł ogromna ulgę i jeszcze większego moralnego
kaca. Ulgę, bo po raz kolejny udało mu się przekonać innych, że
doskonale sobie radzi. Nawet wujek Stefan chyba dał się nabrać, bo
nie donosił ojcu o żadnych problemach. Czasem tylko wpadał
sprawdzić, czy nie trzeba gdzieś wymienić uszczelki lub
odpowietrzyć grzejników przed zimą, bo zmysł techniczny Hoana był
jego kolejnym słabym punktem. Jego umiejętności kończyły się na
wymianie żarówki i montażu mebli. OK, uszczelki też potrafił
wymienić. Tylko zwykle odkładał to na później... A moralny kac
towarzyszył chłopakowi za każdym razem gdy bardzo niesłusznie
rodzice byli z niego dumni. Czyli ostatnio dość często.
W taki monotonny sposób Hoan przeżył
kolejne 3 lata. Aż do śmierci pani Teresy. I znów, gdyby nie pomoc
innych, w tym przede wszystkim wuja Stefana i ciotki Aleksandry
(chociaż i pani Stasia była pomocna), pewnie nie dałby sobie rady
z organizacją pogrzebu. Rodzice mogli przylecieć dopiero w
przeddzień uroczystości, a spraw do załatwienia było mnóstwo.
Ksiądz, ZUS, grabarze, nekrologi. Hoan czuł, że tego nie ogarnie.
Ale trzeba mu było przyznać, że kiedy musiał, potrafił wziąć
się w garść. Nie pozwolił sobie na żadne dolegliwości żołądkowe
(i przy okazji na jedzenie) i załatwiał sprawę za sprawa aż
zamknął listę.
Kiedy przylecieli rodzice wszystko już
było ustalone. Skrzypaczka miała grać Ave Maria, ksiądz
przeczytać podziękowania. Przy trumnie obok dwóch wieńców od
niego i rodziców leżeć miały wieńce z Ministerstwa, w którym
babcia pracowała przed emeryturą i od Rady Gminy, w której
zasiadała do czasu choroby. A Hoan miał zrobić tylko jedno – nie
zemdleć.
Z pogrzebu pamiętał niewiele. Tłumy
ludzi, poczty sztandarowe i swoje myśli, ze musi przetrwać ten
dzień (co na głodnego nie było wcale takie łatwe). I gorycz, że
nawet w taki dzień jest egoistą. Pamiętał jeszcze, że nie uronił
żadnej łzy. A potrafił się popłakać na byle romansidle. Nawet
smutna piosenka była w stanie z niego coś wycisnąć. Boże, kiedy
on tak zobojętniał... Mając 13 lat, na pogrzebie dziadka wylał
morze łez. Chociaż to z babcią łączyła go głębsza więź. A
tu nic. Potem jeszcze pochówek na cmentarzu i stypa z dość liczną
rodziną, której nawet nie znał do końca. Ale babcia była zawsze
doskonale zorganizowana i miała przygotowane odłożone pieniądze
na strój do trumny (dość upiorne) i listę osób, które należy
powiadomić (która w ciągu lat nieco się wykruszyła).
A potem? Potem Hoana dopadło życie...
Aż trudno było uwierzyć, że od
tamtego czasu minęły już trzy lata. Trzy lata, których dni
różniły się od siebie długością, datą i pogodą. Może
jeszcze liczbą blizn i ofiar... Co do reszty, została praktycznie
bez zmian. Hoan mieszkał teraz w dwupokojowym mieszkaniu po babci
całkiem sam. Ach, no i teraz było to jego mieszkanie. Okazało się,
że pani Kondraciuk nie tylko zadbała, aby pieniądze z jej polisy
ubezpieczeniowej przypadły wnukowi, ale na dodatek zapisała mu
mieszkanie. Miało to zapewne ułatwić mu start. Niestety pani
Teresa nie przewidziała, że chłopak będzie startował bardzo
powoli. Właściwie to do tej pory jedynie kołował po lotnisku
życia. Jeśli już w ogóle opuszczał hangar dwupokojowego
mieszkania, które stało się jego azylem.
Kiedy teraz wszedł do niego,
zostawiając za sobą harmider Halloweenowców, zapalił światło i
rozejrzał się. Wciągnął powietrze i poczuł wciąż wyczuwalny
poremontowy zapach. Wuj Stefan jak zwykle się spisał. Niegdyś na
wprost wejścia znajdowało się drzwi do kuchni, do której
przylegała łazienka. Przedpokój prowadził do salonu skąd z kolei
mozna było wejść do jego pokoju, mocno zapchanego regałami na
filmy i książki.
Nowe rozdanie należy zacząć od
nowego wnętrza – mawiała babcia. Czasem chodziło faktycznie o
jakąś zmianę w domu, chociażby przemeblowanie. Nie dlatego, że
stare było złe. Po prostu, żeby się czymś zająć i nie myśleć.
Po je śmierci Hoan zastosował tę samą metodę. Zwykle jednak
“nowe wnętrze” odnosiło się do przemeblowania duszy i ułożenia
sobie w głowie nowej sytuacji. Chłopak odstawił na miejsce
podróżna kosmetyczkę. Rozejrzał się po białej łazience z
dodatkami chłodnego błękitu. Tak, ten klimat bardzo mu odpowiadał.
Szkło, stal i drobne akcenty kolorystyczne. Przebudowanie mieszkania
okazało się dobrym pomysłem.
Tak naprawdę nie planował wielkiego remontu, odświeżenie ścian, może kilka nowych mebli.
Skończyło się na tym, że jego budżet uszczuplił się o połowę, a ze starego mieszkania nie zostało praktycznie nic. Nawet jego styl się zmienił. Co zaskoczyło nawet Hoana. Zrezygnował ze stylizowanych zdobień i klasycystycznych kształtów, które zawsze lubił na rzecz prostych linii, monochromatycznych barw, szkła i stali.
Skończyło się na tym, że jego budżet uszczuplił się o połowę, a ze starego mieszkania nie zostało praktycznie nic. Nawet jego styl się zmienił. Co zaskoczyło nawet Hoana. Zrezygnował ze stylizowanych zdobień i klasycystycznych kształtów, które zawsze lubił na rzecz prostych linii, monochromatycznych barw, szkła i stali.
Dawne wejście do kuchni zostało
zabudowane. Teraz w korytarzu stała długa szafa na wymiar, która
kryła w sobie mnóstwo szpargałów, firan, pościeli, zimowych lub
letnich ubrań, w zależności od pory roku, a nawet składane łóżko,
z którego korzystał, gdy przyjechali rodzice. Co prawda okazało
się, że Hoan pomylił się o 10 centymetrów w wymiarach i wuj
musiał o ten kawałek przesunąć ścianę salonu. Łatwiej byłoby
po prostu skuć część tej ścianki lub pozwolić szafie nieco
wystawać, ale Hoan nie chciał burzyć harmonii i prostych linii. No
cóż, Stefan miał ochotę go udusić, ale i tak skuł tę ścianę.
Zamiast stawiać ją od nowa 10 cm dalej poszli na kompromis i użyli
płyt gipsowo-kartonowych. Dzięki temu zamiast zwykłych drzwi Hoan
zamontował przesuwane, które chowały się w ścianie.
Łazienka, w której teraz się
znajdował została rozbudowana i powiększona o część starej
kuchni. Dzięki temu zmieścił tam nie tylko wannę i pralkę, ale
nawet prysznic. Dzięki temu mógł zapomnieć o trzymaniu słuchawki
podczas kąpieli jak to miało miejsce w poprzedniej łazience. Wuj
Stefan dał mu namiar na znajomego stolarza, który okazał się
genialny i w zasadzie zrobił wszystko co Hoan sobie zaplanował.
Umywalka została osadzona w blacie pomiędzy dwoma wysokimi słupkami.
Jeden z ręcznikami, drugi z detergentami. Chłopak z początku zastanawiał się, czy nie nadbudować pralki, ale zrezygnował.
Zamiast tego ustawił ja pod blatem, a obok zmieściły się kosze na
sortowanie prania. Blat okazał się idealny do odplamiania i dokładniejszego sortowania. A przestrzeń ponad nim wypełniła
sznurkowa suszarka. Teraz przynajmniej nie było jej widać. Z
rozwiązania drugiego słupka Hoan był szczególnie zadowolony.
Stolarz podzielił go na dwie części. W przedniej, z drzwiczkami
znajdowały się detergenty. Tylna składała się z półek, do
których dostęp był od strony wanny. Hoanowi zależało na tym, żeby mieć wygodny dostęp do płynów i gąbek, ale, żeby nie stały na widoku.
Wszedł do salonu połączonego teraz z
kuchnią. Kiedyś był to pokój jego babci. Nie zmienił tutaj
jedynie ustawienia telewizora, który nadal wisiał na głównej ścianie i układu części salonowej. Tyle tylko, że kanapę i fotel
zajął szary narożnik, który był właściwie barwną plamą na
białym tle. Na pierwszy rzut oka widać było, że to pokój
kawalera. Nawet pomijając bałagan i blisko 40-calowy telewizor.
Hoan nie zdecydował się na urządzenie klasycznej sypialni, chociaż
mógł. Tylko po co. Singlowi w zupełności wystarczył ten
rozkładany wypoczynek. Zwłaszcza, że i tak spał na złożonym.
Pod wpływem chwili kupił minimalistyczny stolik ze szkła i metalu.
Gdyby się zastanowił, doszedłby do wniosku, ze nie będzie mu się chciało co chwilę zmywać śladów palców. Ale kiedy był czysty, blat prezentował się fantastycznie.
Za kanapą stał rozkładany stół z
krzesłami. Na szczęście rzadko trzeba było go rozkładać, bo
wtedy ten kąt robił się bardzo ciasny. Ale najbardziej dumny Hoan
był z rozplanowania kuchni. W której zresztą spędzał najmniej
czasu i generalnie tylko odgrzewał tam potrawy i robił herbatę.
Ale zabudowa zajmowała całą tylną ścianę i zakręcała na
drugą. Kończyła się tuż obok drzwi do byłego pokoju Hoana,
który teraz był biblioteką. Chłopak nie chciał wiszących szafek,
aby ograniczyć wiercenie. Poza tym przy jego 170 cm wzrostu
wygodniejsze były dolne szafki z szufladami. W kącie obok stołu
stanął długi słupek typu cargo, a obok przeszklona witryna z
porcelaną po babci. Był to jedyny element, który łamał
jednolitość białych frontów na wysoki połysk. Poza tym niemal
laboratoryjna powierzchnia nie była zakłócona nawet uchwytami, bo
Hoan wybrał wersję z otwieraniem dotykowym. Innym elementem wychodzącym poza schemat była czarna płyta kuchenna i stalowy okap,
który niemal doprowadził wuja Stefana do białej gorączki. Ściana
kominowa znajdowała się teraz w pokoju Hoana I trzeba było
poprowadzić długi przewód wentylacyjny, który wymagał zamaskowania. Stefan od początku mówił, ze to zły pomysł, ale
Hoan postawił na swoim. Potrafił być uparty. We wnęce kuchennej,
na przeciwległej ścianie stała długa zabudowa, która na pierwszy rzut oka wyglądała jak dalsza część kuchni. Tak naprawdę była
to szafa ubraniowa. Stolarz wykorzystał wysokość pomieszczenia co,
dzięki dość oszczędnemu podziałowi przestrzeni pozwoliło na
zmieszczenie nie standardowych dwóch, a trzech drążków na
koszule. Całe szczęście, bo mimo tego zabiegu i tak w tej chwili
zaczynało brakować na nie miejsca. Ale wraz ze stolarzem
rozplanowali wszystko tak, ze chłopak zmieścił się ze wszystkimi
rzeczami. Głównie dlatego, ze bieliznę postanowił schować w komodzie pod telewizorem. Ale i tak miał wszystko pod ręką.
Spojrzał w tamtą stronę. Na meblu
stały ramki ze zdjęciami. Na jednym on w przedszkolu u matki na
kolanach. Babcia zawsze powtarzała, że są do siebie podobni. Na
drugim zdjęciu był z ojcem na jakimś wyjeździe wakacyjnym.
Dobrze, że ktoś zrobił to zdjęcie, bo wspólne wypady były w
jego domu rzadkością. Ojciec był zbyt zapracowany. Największa
fotografia była zrobiona podczas studniówki. Dziwne, że jeszcze ją
trzymał. Był na nim ze swoją pierwszą przyjaciółką, ze swoim
pierwszym przyjacielem i... ze swoim pierwszym demonem. Na samą myśl
robiło mu się niedobrze. Musiał koniecznie wywalić to zdjęcie.
Mimochodem zastanowił się nad ludźmi
z fotografii i nad dziwaczną serią powiązań, która ich łączyła.
Najwięcej go łączyło z Albine
Dubois. Z miejsca ją polubił. W sumie to można powiedzieć, że
był nią nawet zauroczony. I właściwie do tej pory miał do niej
sentyment. Była od niego o rok starsza i przyjechała z Francji na
wymianę. Dobrze znała polski, bo był to jeden z wymogów
stawianych przez szkoły podsyłających sobie uczniów. Z powodu
różnic programowych trafiła do jednej klasy z Hoanem. Już
pierwszego dnia nie było chłopaka, który nie zapatrzyłby się w
jej zielone oczy i białą jak śnieg twarz, otoczoną aureolą
srebrzystych włosów. Tak się akurat składało, że Albine była...
albinoską. Stąd jej imię. Trochę czasu zajęło zanim się do
niego przekonała, ale od razu wyczuł potencjał.
Hoan miał nosa do ludzi. Może nie był
nieomylny, ale zazwyczaj nie myliło go ani przeczucie, ani pierwsze
wrażenie. Dlatego dość skrupulatnie dobierał znajomych, a
niektóre typy osobowości przekreślał od razu. Niestety dla niego
potrafił się też zaangażować. Zwykle za bardzo. Bardziej niż to
było warte.
Z Andrzejem właściwie w ogóle mógł
się nie poznać. Podczas gdy Hoan uczęszczał do liceum, jego dwa
lata starszy przyjaciel był w rok wyższej klasie technikum. I tak
naprawdę mijaliby się pewnie tylko na korytarzu, gdyby nie wspólne
zastępstwo. Hoan i Albine siedzieli w ławce za Andrzejem. Chłopak
wtedy nosił jeszcze krótkie włosy stawiane na żel. Kiedy widzieli
się ostatnio naturalne fale sięgały prawie do ramion. Polak nie
wyróżniał się jakoś z tłumu dopóki nie zaczął mówić. Już
wtedy wdał się w rozemocjonowaną dyskusję z Albine. Hoan nawet
nie pamiętał o jaki światopoglądowy temat poszło. Żeby było
zabawniej tak naprawdę oboje byli tego samego zdania, różnili się
tylko szczegółami. W końcu tę parę musiał uspokajać
nauczyciel. Obecny na zdjęciu Roberto Delgado.
23-letni wówczas Roberto był w
zasadzie jeszcze studentem geografii, ale w szkole Hoana uczył
hiszpańskiego. I to właśnie przez jego studia dostało mu się
zastępstwo klasy, która powinna mieć w tym czasie lekcję
geografii. Dobrze zbudowany, zadbany ponad przeciętność, śniady,
z czarnymi kręcącymi się włosami, za którymi oglądały się
wszystkie kobiety od uczennic po dyrektorkę. O ile aparycję miał
ujmującą, to już z charakterem było gorzej. Jak to ktoś o nim
kiedyś powiedział? Subtelny jak szarżujący nosorożec. No cóż,
było w tym sporo prawdy. Bywał szorstki, niedostępny i kłótliwy.
A najczęściej sprzeczał się z Andrzejem. A chłopak wykorzystywał
to, że Roberto nie był jego nauczycielem i nie dawał za wygraną.
Poza tym ich starcia zwykle miały miejsce poza szkołą. Mimo
niewątpliwie ciężkiego charakteru Delgado potrafił czasem pokazać
się z lepszej strony. No i zdobył sobie sympatię Hoana o czym
teraz chłopak najchętniej by zapomniał.
Andrzej był właściwie
przeciwieństwem Roberto. Sporo niższy, w okularach, o aparycji...
przeciętnej. I charakterze, który czasem wymagał od drugiego
człowieka odrobiny dobrej woli. Ale Hoan lubił złośliwość i
pyskatość Andrzeja. Może dlatego, że sam był trochę podobny.
Chociaż Kowalczyk zdecydowanie lepiej wyczuwał moment, w którym
należy się wycofać. A na co dzień był spokojny i skupiony, co
też miało wpływ na to, że Hoan go polubił.
Zastanowił się kiedy przeszło mu
zaangażowanie w relacje z Albine i Andrzejem. Doskonale pamiętał
czasy gdy tej dwójce udawało się go wyciągnąć do kina, na
łyżwy, ba, nawet do klubu. I mimo, że oni byli parą, to nie czuł
się nie na miejscu, na doczepkę. Inaczej w ogóle by z nimi nie
wychodził, nie lubił się czuć jak piąte koło u wozu. I nie
lubił być ignorowany. Jakby się tak dobrze zastanowić, to kiedyś
Hoan nie był aż tak bardzo odludkiem. I te wspólne wyjścia
naprawdę go cieszyły. Kiedy to zatracił?
Można powiedzieć, że powoli ich
drogi zaczęły się rozchodzić po ukończeniu szkoły. Jeszcze
przez jakiś czas zdarzały się wspólne wypady, ale coraz częściej
kontakt ograniczał się do telefonu z okazji urodzin, czy krótkiej
rozmowy na Facebook'u. Zwłaszcza ostatnio.
O ile za początek tego rozpadu Hoan
mógł winić siebie, to już w późniejszym okresie Albine i
Andrzej nie wykazywali inicjatywy, Chłopak nie był w stanie zliczyć
ile jego wpisów do Albine zostało bez odpowiedzi, mimo że
dziewczyna była on-line. Tak samo jak tego ile razy miał się
umówić na kawę z Andrzejem, do którego to spotkania w końcu nie
doszło. Aż przestał pytać. Aż w ogóle przestał pisać. No cóż,
nie można mieć wszystkiego.
Za to Roberto to oddzielna historia.
To była znajomość krótka, skomplikowana i dzięki Bogu należała
do przeszłości. W szkole cała czwórka nie wychodziła z układu
uczniowie-nauczyciel, ale poza nią nie tylko byli na „ty”, ale
ogólnie łączyły ich relacje koleżeńskie. Dosyć niezwykłe.
Chyba spory wpływ na to miała niewielka różnica wieku między
nimi. I kontaktowość Roberto. Chociaż trzeba było przyznać, że
nie każdy uczeń mógł się cieszyć jego względami. A już
Andrzej zarówno w szkole, jak i poza nią najzwyczajniej w świecie
się z nim użerał. I tolerował Roberto głównie ze względu na
Albine, która go bardzo polubiła. Ale koniec końców obaj panowie
prawię się zaprzyjaźnili. Sprawdziło się powiedzenie, że kto
się czubi ten się lubi.
Zresztą z Albine i Andrzejem na
początku było podobnie. Dziewczyna była pewna siebie, ambitna,
zdecydowana i nastawiona na sukces. Robiła wszystko, żeby być
pierwsza nie tylko w klasie, ale w całej szkole, w czym skutecznie
przeszkadzał jej Andrzej. Więc rywalizowali. Poza tym oboje lubili
dyskutować, a przekora Albine skłaniała ją czasem do przyjmowania
kontrowersyjnej postawy, żeby tylko wywołać dyskusję. Ich wspólne
utarczki przerwał w końcu Roberto. Zgłosił ich oboje do jakiegoś
projektu, Hoan nawet nie pamiętał co to było. Ale pamiętał, że
zły za tą decyzję Andrzej po dwóch tygodniach współpracy
rozpływał się w zachwytach nad Albine. A ona nad nim. I tak się
akurat składało, że oboje zachwycali się do Hoana. Czasem życie
dziwnie się toczy.
Hoan widział się z tą dwójką
przeszło rok temu. Było prawie jak kiedyś. Ale prawie robi
różnicę. Przede wszystkim Albine i Andrzej nie byli już parą.
Właściwie to przestali nią być o ile dobrze pamiętał, od czasu
kiedy kończył pierwszy rok studiów. Ale pozostali przyjaciółmi.
No i Albine teraz była mężatką! Aż chciałoby się, żeby jej
mężem okazał się Roberto... ale nie. Swojego aktualnego partnera
i przy okazji ojca swojego niespełna rocznego wówczas dziecka
poznała na studiach.
Hoan do tej pory pamiętał jak
podczas tego spotkania zbył pytanie Albine, czemu nie powiedział o
śmierci babci. W zasadzie to gdyby nie Andrzej, który się wygadał,
pewnie też jeszcze nic by nie powiedział. Bo właściwie to co miał
powiedzieć. Mieli ze sobą kontakt raz, może dwa razy do roku. To
co, miał do nich dzwonić z tą nowiną? I co by to dało...
przyjechaliby na pogrzeb, pocieszyli, że będzie dobrze? Bez sensu.
Poza tym Albine była wtedy w ciąży, więc darował sobie takie
newsy. Zresztą Andrzej też dowiedział się kilka miesięcy
wcześniej, kiedy odezwał się na urodziny Hoana. Już wtedy chłopak
najchętniej nic by nie mówił, ale wiedział, że trzymanie tego w
tajemnicy nie ma sensu. W sumie nic nadzwyczajnego, nic wstydliwego,
nic co się ukrywa przed obcymi, a co dopiero przed przyjaciółmi...
Spojrzał jeszcze raz na studniówkowe
zdjęcie. Trzeba by je zmienić na aktualniejsze. Odwrócił się z
westchnieniem i podszedł do kanapy, gdzie położył plecak, który
towarzyszył mu od czasów studiów. Miał w nosie, że dorosły
facet z plecakiem wygląda niedojrzale, czy nieelegancko. On wcale
nie czuł się dorosły. Zwłaszcza czasami... A plecak nie musiał
być elegancki, tylko praktyczny. I był. Można w nim było na
przykład schować paczkę ulubionych wafli ryżowych i puszkę coli,
którą właśnie wyjął. Nie ma nic lepszego od tej cudownie
gazowanej i słodkiej smoły. Nawet jeśli po przedawkowaniu trzeba
się ratować gorącym gorzkim rumiankiem. Ale Hoanowi od jakiegoś
czasu udawało się unikać problemów z żołądkiem. Co oczywiście
potwierdzało, że jego gastrolog miał rację wysyłając go do
psychologa, aby wykluczyć nerwicę. Teraz to wiedział, kiedy jego
problemy powoli zaczęły ustępować po śmierci babci. Przez co
znowu czuł się okropnie.
Wyjął z plecaka drewnianą
szkatułkę. Otworzył i przeliczył swoje shurikeny. Tym razem nie
była to pamiątka rodzinna. Te popularne „gwiazdki ninja”
podarował mu wuj Stefan na 20-te urodziny. Razem z sai po
prapradziadku. Hoan był wtedy zaskoczony. Przede wszystkim nigdy nie
miał w ręku żadnej broni. Chyba żeby nóż kuchenny uznać za
oręż... Poza tym chłopak nie skrzywdziłby muchy, więc
jakakolwiek broń, nawet dekoracyjna, pasowała do niego jak pięść
do oka. Ale musiał przyznać, że dwa skrzyżowane sai w otoczeniu
dziesięciu shurikenów, obsadzone na drewnianej tablicy nad
telewizorem, dodawały wnętrzu charakteru. No i to jednak srebro.
Hoan nie znał szczegółów, ale sai musiało być wykonane z dobrej
jakości stali, bo nadal było ostre, i pokryte kilkoma warstwami
srebra, skoro wytrzymało niezmienione tyle lat.
Hoan rzucił okiem nad telewizor,
gdzie wisiały duplikaty prezentów. Shurikeny schował do szuflady.
Sai ciągle miał przypięte do pasa, z czego nagle zdał sobie
sprawę. Nawet już ich nie czuł. Zdjął je i odłożył na
miejsce. Do następnego wyjazdu. Spojrzał tylko na spód rękojeści
gdzie wygrawerowano „herb” jego prapradziadka – zająca w
kamiennym kręgu. Miało to symbolizować rok urodzenia mężczyzny
czyli Zająca w żywiole Ziemi. Taki sam symbol widniał na pieczęci
zamykającej dziennik, który dostał. Ten, którego nie zdołał
jeszcze otworzyć. Nie zdołał, bo nie mógł złamać pieczęci.
Kompletnie tego nie rozumiał. Księga była po prostu zalakowana, z
odciśniętą pieczęcią. Normalnie takie pieczęcie łamało się
dwoma placami. A dziennika nie dało się otworzyć nawet młotkiem.
Mało tego, skórzane paski zamykające książkę tępiły każdy
nóż i nożyczki, którymi próbował je przeciąć. Istna paranoja.
Wszedł do ostatniego pokoju –
swojego królestwa, w którym spędzał najwięcej czasu. Niewiele
wolnego miejsca to zostało. Najchętniej wszystkie ściany
zastawiłby regałami, ale wtedy nawet mimo bieli mebli nie udałoby
się uniknąć efektu klaustrofobii. Nawet z zasłon zrezygnował,
aby jak najlepiej wykorzystać miejsce. W jednym kącie pokoju,
blisko okna, stało narożne biurko z nadstawką, przy którym
zdarzało mu się spędzać nawet kilkanaście godzin dziennie. Czerń
sprzętów kontrastowała z bielą drewna. Obok stał regał z grami i dokumentami. Drugi brzeg biurka przystawał do niskiej komody,
która służyła nie tylko jako maskownica grzejnika, ale także przedłużenie parapetu. Świetne miejsce dla podręcznego bałaganu.
Dalej, aż do końca ścian ciągnęły się regały z filmami.
Kolekcja, którą zbierał przez lata.
Jedną ze ścian zajmował wyłącznie
regał z książkami. Trochę albumów po babci, encyklopedie, z
których nawet nie korzystał, bo miał przecież Internet. Co
jeszcze... Alex Kava, ulubiona autorka thrillerów, komplet mangi
Czarodziejska z Księżyca i Slayers, komplet Harry'ego Potter'a,
który przeczytał ze trzy razy od deski do deski, a filmy obejrzał
z pięć razy każdy. A na końcu Saga Zmierzch, którą zaraziła go
Anka. To właśnie jej zdjęcie powinno stać w salonie na honorowym
miejscu. Ale Ania miała podobne podejście do robienia sobie zdjęć,
co Hoan. A jego podejście było takie, że każde zdjęcie dobre, na
którym go nie było.
Właściwie to Ankę i Hoana łączyło
tak samo wiele, jak różniło. Kiedy on chodził w beżach, ona
ubierała się niemal wyłącznie na czarno. Kiedy Hoan podsyłał
jej japoński rock, Anka katowała go ciężkim brzmieniem. Ale
przynajmniej książki czytali te same. I mieli identyczne poglądy
na wiele spraw.
Barbara Anna Jakubowska, zwana
potocznie Anką, była jak dotąd jedyną osobą, której udało się
przetrwać niełatwą przyjaźń z Hoanem. I w jej przypadku, jak w
żadnym innym miał pewność, że przyjaźń jest jak najbardziej
odpowiednim słowem.
Poznali się w liceum. Stał za nią w
kolejce w sekretariacie. On składał papiery jako pierwszoroczniak,
ona zmieniała szkołę. Zdecydowała się na liceum, gdy on wybrał
technikum.
– Barbara Anna Jakubowska – podała
papiery sekretarce.
– Rodzice lubią Beach Boys'ów? –
spytał z głupia frant, co zaskoczyło nawet jego samego.
– Słucham? – spytała zdziwiona.
– Barbra-Ann, był taki kawałek
Beach Boys'ów...
– Jesteś pierwszą osobą, która na
to wpadła – uśmiechnęła się. – Ojciec ich uwielbia, ja nie
znoszę. Dlatego używam tylko drugiego imienia. Anka – wyciągnęła
rękę.
– Hoan.
– Świetnie mówisz po polsku –
stwierdziła odbierając dokumenty.
– Mama jest Polką – wyjaśnił. –
Mieszkam tu od 11-ego roku życia.
– Ale mimo wszystko. No nic, lecę
już. Do zobaczenia być może – uśmiechnęła się szeroko
odsłaniając niewielką przerwę między górnymi jedynkami.
Dodawała jej uroku. Poza tym miała sympatyczną twarz, okoloną
gęstymi kręconymi włosami. A kręcone włosy to było coś, co
zawsze Hoana kręciło.
Kiedy wyszła, rzucił okiem na stos,
na którym wylądowały jej dokumenty. Grupa licealna. Szkoda, mieli
zajęcia w dwóch różnych siedzibach. Szansa, że się zobaczą
była bardzo mała. Jedynie na inauguracji roku szkolnego, która dla
obu szkół była wspólna.
No i się spotkali. Dwa lata później.
Anka rozpoczynała ostatni rok nauki, Hoan był w przedostatniej
klasie. Właściwie zauważył ją od razu kiedy tylko weszła do
auli. Ledwo się powstrzymał, żeby do niej nie zamachać.
– Hej Beach Boys'ie – rzuciła mu
do ucha przechodząc obok. Dobrze, że nikt tego nie usłyszał, bo
przez kolejne dwa lata by się nie uwolnił od tej ksywki.
– Hej Barbra – odciął się z
przesadnym akcentem – podobno przenoszą nas do tego samego
budynku.
– Na to wygląda. Więc może tym
razem rzeczywiście do zobaczenia.
Dziewczyna poszła zająć sobie
miejsce z koleżankami. Ledwo zdążyła odejść, zjawiła się
Albine.
– Cześć – przywitała się i
rzuciła okiem w stronę Anki. – Kto to był?
– Taka... znajoma.
Mimochodem odwrócił się i zerknął
w kierunku dziewczyny. Stała odwrócona tyłem, pogrążona w
rozmowie.
– Ej, co to był za koleś? –
dotarł do niego głos jednej z jej koleżanek.
– Taki... znajomy – słysząc jej
odpowiedź nie potrafił powstrzymać szerokiego uśmiechu. W końcu
odwrócił się próbując przybrać naturalny wyraz twarzy.
Miesiąc później spotkali się na
tradycyjnej corocznej wycieczce integracyjnej organizowanej przez
szkołę. Hoan za nimi nie przepadał, ale z kolegami z klasy zdążył
się zakumplować na tyle, że przynajmniej nie czuł się
niekomfortowo. Ale i tak zawsze najwięcej czasu spędzał z Albine.
Niestety tym razem dziewczyna została w domu.
– Wolne? – odwrócił głowę od
okna i spojrzał nieco zaskoczony.
– Tak – zabrał swój plecak z
drugiego miejsca, żeby zrobić miejsce Ance. – A gdzie koleżanki?
– Mam już dosyć tych szczebiocących
kretynek – prychnęła. – Ale mogę się przesiąść jeśli ci
przeszkadzam.
– Nie wygłupiaj się. Po prostu się
zdziwiłem.
– Powiedzmy, że wolę spokojniejsze
towarzystwo.
– Najlepiej swoje własne? – spytał
nieco prowokująco.
– Coś w tym stylu. Albo kogoś
innego, kto czyta Browna – wskazała książkę, którą trzymał
na kolanach i wyjęła swój egzemplarz Kodu Leonarda da Vinci.
Właściwie od razu się polubili.
Anka sprawiała jeszcze milsze wrażenie niż kiedy ją poznał. Poza
tym jako jedna z bardzo niewielu osób rozumiała jego specyficzne,
czasem wisielcze poczucie humoru. I nie zniechęcał jej jego nieco
złośliwy i pesymistyczny charakter. I ku zaskoczeniu Hoana
charakterystyczna dla niego fascynacja nową osobą z czasem nie
minęła. Nawet teraz, po latach, była jedyną osobą, która na
bieżąco wiedziała co się u niego dzieje. No i nie próbowała go
zmieniać tylko przyjęła z dobrodziejstwem inwentarza. A on czuł,
że ona niemal zawsze go zrozumie i może jej powiedzieć wszystko.
Przynajmniej wszystko to, co w ogóle mógł zdradzić.
Odpalając komputer spojrzał na
ścianę ponad biurkiem, na jedyną w tym pokoju ozdobę. Portretowe
zdjęcie babci zrobione z okazji jej 50-tych urodzin i wetkniętą w
ramę kartkę. Jedną z tych wyklejanych, z gołębiem niosącym w
dziobie złote serce. Poniżej zwinięty po bokach rulonik papieru z
napisem „W dniu”, pod którym widać było miejsce wydarcia
kolejnego skrawka. Babcia niewystarczająco szczegółowo próbowała
go ukryć pod ręcznym dopiskiem „urodzin”. Do tej pory uśmiechał
się na wspomnienie, gdy w wieku 17 lat zapytał ją, czy kupując tę
kartkę pamiętała, że nikt nie udzieli mu ślubu przed 18-ką.
Kobieta skwitowała to krótkim „mądrala” i potargała go po
głowie. Zawsze tak robiła kiedy się wymądrzał. Na pewno ciężko
było znaleźć urodzinową kartkę nie tylko z gołębiem, ale
jeszcze z sercem. Treść życzeń znał na pamięć.
Bądź czysty jak śnieg
Wolny jak ptak
I miej serce na dłoni.
Wolny jak ptak
I miej serce na dłoni.
Mojemu Gołębiemu Sercu
Uśmiechnął się smutno. Mimo
intuicji Teresa Kondraciuk dwa razy w życiu wypowiedziała słowa w
złą godzinę. Raz, kiedy powiedziała, że nigdy nie chciałaby być
dla nikogo ciężarem i być sprawna umysłowo do końca życia. A
drugi, kiedy nazwała go Gołębim Sercem. Nie mogła się bardziej
pomylić.
Cholerne zajęcze serce – pomyślał.
Bo takie właśnie było. Płochliwe i niezdecydowane. I uparte przy
tym jak tylko można. Hoan nie lubił o tym rozmyślać, ale tak
idealnie odzwierciedlał opisy swoich znaków zodiaku, że jego
zdjęcie mogliby wklejać w horoskopach.
Jako Ryba bywał miły, skromny (coraz
rzadziej) i uprzejmy. Ale jako główną cechę „odziedziczył”
po tym znaku bycie melancholijnym i nieszczęśliwym. Nawet jeśli
sam starał się wmawiać sobie, że było inaczej. Ale nie można mu
było odmówić wrażliwości i wyrozumiałości. Chociaż może nie
wtedy, kiedy sam jej od siebie oczekiwał. Ryby bywały też leniwe,
co do Hoana pasowało jak ulał. Poza tym był zbyt sentymentalny, a
czasem łatwowierny. Także jego brak ambicji i życie w izolacji
były charakterystyczne dla tego znaku. Ale ponoć Ryby cechowały
się też intuicją. Faktycznie było tak, że dużo rzeczy
wnioskował szybko i nawet jeśli czasem się mylił, to bardzo
szybko weryfikował wynik.
Ale znak Zająca był chyba jeszcze
gorszy. I to nawet nie jego własny znak, ale ten, który nosił jego
prapradziadek. Hoan zawsze uważał, że urodził się w
nieodpowiednich dla siebie czasach, ale z kalendarza wynikało, że
powinien się urodzić w znaku Zająca w żywiole Ziemi czyli w roku
1932! Opis tego znaku to wypisz wymaluj Hoan. Nie dość, że
potęgował upór i nieustępliwość to dodawał uwielbienie
komfortu i dobrobytu, do których Hoan szybko się przyzwyczaił.
Poza tym pchał do zapewnienia sobie bezpiecznego azylu i zakopania
się w swojej norze, do której mało kto miał dostęp.
I to właśnie zającem Hoan czuł się
najbardziej. Strachliwym, budującym wysoki mur bezpieczeństwa, za
którym mógł pozostać niedostępnym i niewidocznym dla świata,
który to świat zdaniem Hoana (nie do końca bezpodstawnym zresztą)
z pewnością zechce przerobić go na pasztet.
Ale chłopak zupełnie zapomniał, że
babcia uczyła go jeszcze jednego horoskopu – indiańskiego. A tam
przypadł mu w udziale znak Wilka. Bardzo wrażliwego z natury, który
niemal wyczuwał co się działo wokół niego i potrafił się wczuć
w sytuację innych osób. Niestety ta głęboka wrażliwość
sprawiała, że Wilka bardzo łatwo można było zranić, przez co
wolał nie wyznawać swych głębokich uczuć. I w przeciwieństwie
do prawdziwych wilków, te horoskopowe częściej szukały samotności
i spokoju niż bycia z innymi. A sfera prywatna była dla nich oazą
spokoju i bezpieczeństwa.
Ale horoskopy były domeną jego
babci, nie Hoana. Dlatego nie zagłębiał się w ten temat. Może
powinien, bo poznanie własnych cech pozwoliłoby mu zrozumieć
siebie.
Chłopak otrząsnął się z
rozmyślań, odpalił muzykę i Facebook-a. Przewijał rolką myszy
rzucając okiem na przelatujące treści. Post z gry, post z gry,
wiadomości, reklama, post z gry, post z gry, zmiana statusu
użytkownika Paweł Abramowicz, post z gry, reklama... Zatrzymał się
i cofnął do statusu Pawła. Zwykle rzucał okiem na takie rzeczy i
nie przejmował się. Ale tym razem był to link do artykułu,
opatrzony zdjęciem, które wyglądało bardzo znajomo. Dodatkowo
uwagę zwracał podpis:
I pomyśleć, że w moim mieście
takie rzeczy!
Takie rzeczy odnosiły się do
domniemanego morderstwa. Zdjęcie przedstawiało ciało ewidentnie
pozbawione głowy, chociaż odpowiednie miejsca były rozmazane. Co i
tak niewiele zmieniało w odbiorze – bezgłowe ciało to bezgłowe
ciało. Hoan raz jeszcze przyjrzał się zdjęciu. Na litość boską,
co za amatorszczyzna. Nie dość, że sprawa nie została załatwiona
na czysto, to jeszcze po sobie nie posprzątał. Swoją drogą gdyby
Hoan spotkał na miejscu tego nowicjusza, nauczyłby go jak to się
robi zawodowo. A tak na miejscu zostały zwłoki Bogu ducha winnej
zakonnicy i mnóstwo śladów, w tym odcisk buta sprawcy! Dopiero
teraz to zauważył, czyli sam też coś jednak przeoczył. Ale nie
można mieć oka na wszystko. Chłopak miał chociaż nadzieję, ze
ten idiota miał buty na zmianę. Chociaż... właściwie to za
głupotę się płaci, więc może powinni go złapać. Zresztą
szczere odpowiedzi na pytania policji powinny zapewnić mu spokojne
miejsce w ciepłym zakładzie dla umysłowo chorych.
Zamość. Piękne miasto. Nawet nocą.
Ale i niebezpieczne. Zwłaszcza nocą. Zwłaszcza, kiedy ktoś się
nie zna na swojej robocie. Ale tak się złożyło, ze Hoan się
znał. W przeciwieństwie do tego nowicjusza, który go ubiegł.
Chłopak rozumiał, że nowi w tej branży muszą się wiele nauczyć,
a nie zawsze mają od kogo. Ale zanim się opuści miejsce pracy,
wypadałoby się upewnić, ze pozbyło się śmieci. Ale ten ktoś
oczywiście tego nie zrobił i Hoan musiał dokończyć za niego
robotę.
To była ostatnio medialna sprawa. Zakonnica z jednego z zamojskich kościołów została oskarżona o znęcanie się nad podopiecznymi domu opieki, w którym pracowała. Niby nic, co by się już wcześniej nie zdarzało. Ale akurat ta siostra słynęła ze swojej łagodności i oddania. A nagła i niezrozumiała zmiana zachowania zawsze była alarmująca, o tym akurat Hoan wiedział doskonale. Dlatego wybrał się do Zamościa.
I jak każdy porządny Łowca zaczął
od rozeznania. Namierzył potencjalną ofiarę i potwierdził swoje
przypuszczenia. Intuicja nigdy w takich momentach go nie zawodziła.
Klasyczny przypadek obiektu do przechwycenia i wyeliminowania.
Pewnie z miejsca by to zrobił, gdyby
nie fakt, że dostęp do zakonnicy był utrudniony. Więc musiał
czekać na sposobność, żeby zrobić swoje. Ale ktoś go ubiegł!
Nie do wiary, że nie zauważył konkurencji. Dopiero potem zrozumiał
dlaczego.
Konkurencją okazał się jakiś młody
wikary, na pierwszy rzut oka zaznajomiony ze sztuką. Przynajmniej do
pewnego stopnia. Wiedział nawet co ma robić. Szkoda tylko, że
nieskutecznie. Przez co Hoan miał tylko więcej roboty.
Kiedy poznał już przyzwyczajenia
zakonnicy i przybył do kościoła o godzinie, kiedy kończyła
wieczorną modlitwę, okazało się, że już było po wszystkim.
Konkretnie to było po zakonnicy... Ciało pozbawione głowy leżało
w kałuży krwi, a sama głowa potoczyła się pod ławki, skąd
patrzyła na Hoana przerażonymi oczami. Przykry widok. Poza tym na
podłodze znalazł jeszcze sporo rozlanej cieczy i porozrzucanych
białych kryształków. No cóż, wikary przynajmniej dobrze zaczął.
Hoan rozejrzał się i westchnął.
Odcięta głowa nie pozostawiała wątpliwości, ze cel nie został
osiągnięty. Chłopak rad, nie rad, postanowił przynajmniej trochę
pomóc koledze po fachu. Takich jak oni zawsze było za mało, więc
jeśli policja będzie chciała go złapać, niech się wysilą.
Wytarł ślady butów księdza i swoje (jak się okazało jakiś
jednak przeoczył). Chociaż o swoje martwił się najmniej, bo na
akcje zawsze zakładał numer większe obuwie i specjalne nakładki.
W jego profesji dyskrecja była bardzo istotna. Dobrze, że kościoły
jeszcze nie inwestowały w monitoring.
Miał już wychodzić, kiedy usłyszał
jakiś hałas na zakrystii. Natychmiast schował się w niszy i
zaczął nasłuchiwać. Ktoś się zbliżał. Odruchowo sięgnął do
pasa, ale upomniał się w duchu. Zamiast sai, wyjął z kieszeni
składane lusterko. Srebrne, z pentagramem na klapce. Kiedyś kupili
sobie takie z Albine. Właściwie to ona go namówiła, bo sam nie
bardzo wiedział do czego mu się może przydać. Przecież się nie
malował. Ale okazało się idealne na takie sytuacje jak ta.
Ustawił lusterko pod takim kątem,
żeby widzieć odbicie nadchodzącej osoby. Kiedy twarz księdza
znalazła się na linii wzroku, Hoan miał pewność. To jego nowy
cel. nasunął kominiarkę na twarz i przygotował się. Słyszał
jak kroki zbliżają się w jego stronę. Na szczęście nie rzucał
cienia. W przeciwieństwie do wikarego. Kiedy tylko zobaczył jak
wydłużający się kształt zatrzymał się na wysokości kryjówki,
Hoan wyskoczył z ukrycia sypiąc mężczyźnie solą prosto w oczy.
Ksiądz wykrzywił się i zawył z
bólu. Przez ułamek sekundy Hoan mógł dostrzec prawdziwe oblicze
przeciwnika. Niedobrze, sól to za mało. Tak samo te kilka kropel
wody święconej, o czym zresztą przekonał się wikary, zanim z
Łowcy zamienił się w zwierzynę. Takie sytuacje to był drugi
przypadek, kiedy przydawało się składane lusterko. Ale najpierw
należało wybawić pasożyta z ukrycia. Przy okazji czyniąc jak
najmniej szkód.
Niestety przeciwnik szybko doszedł do
siebie i przeszedł do ataku. Pomagając sobie przy tym wielkim
stojącym kandelabrem. Hoan ledwo uskoczył, blokując atak swoimi
sai. Nie cierpiał walczyć w zwarciu. Na szczęście natura
obdarzyła go kilkoma cechami, które się uaktywniały w takich
momentach. Jedną z nich była zwinność.
Parował ciosy aż wycofał się pod
ambonę. Następnie wskoczył na oparcie ławki i wdrapał na balkon.
Oczywiście wikary był tuż za nim i wcale nie musiał się
wdrapywać gdziekolwiek. Wystarczył jeden skok, żeby uczepił się
jakiejś rzeźby stojącej obok Hoana.
Chłopak za wszelką cenę chciał
uniknąć ranienia przeciwnika. Co prawda rany po srebrze goiły się
szybko, ale zostawiały brzydkie blizny nasuwające wiele pytań.
Tylko jak go wybawić... Jego wzrok padł na chrzcielnicę napełnioną
wodą święconą. Był to jakiś pomysł. Kilka kropel to za mało,
ale cała misa...
Hoan wyczekał odpowiedni moment.
Kiedy mężczyzna rzucił się w jego stronę, chłopak podskoczył,
odbił się od jego głowy i wylądował na ziemi pod ołtarzem.
Niestety bez gracji, przewracając dwie ławki i o mało nie depcząc
po ciele zakonnicy. No cóż, wdzięku baletnicy akurat natura na
taką okoliczność nie przewidziała.
Niezbyt subtelny sposób obejścia się
Hoana z napastnikiem rozwścieczył tego drugiego na tyle, że nawet
bez lustra można było zobaczyć jego prawdziwą twarz. Ale to wciąż
za mało.
– No, na co czekasz?! – zawołał
Hoan. – Chodź tu szatański pomiocie.
Słowa chłopaka nie zrobiły na
mężczyźnie wrażenia. Pewnie nawet potraktował je jako
komplement. Niemniej stanął w końcu na ziemi. Zwinnym saltem
wylądował po środku przejścia. Niezbyt dogodna pozycja dla Hoana,
ale mogło być gorzej.
– Ups – szepnął widząc drżące
ręce wikarego. – W złą porę...
Palce księdza zaczęły się wyginać
i prostować, co nie wróżyło nic dobrego. Kiedy jego paznokcie
zaczęły się wydłużać, chłopak zdał sobie sprawę, że nie
trafił mu się ułomek.
Cholerny Wolverine – pomyślał.
Zakręcił sai na palcach jak
rewolwerowiec i przyjął pozycję. Obaj ruszyli w tym samym
momencie. Kiedy Hoan zablokował szpony przeciwnika aż poszły
iskry. Chłopak musiał się mocno natrudzić, żeby zaciągnąć
ofiarę w odpowiednie miejsce. Zwłaszcza, że długie pazury
trzymały go na dystans. W końcu zablokował je w „wąsach” sai
i odepchnął na boki, po czym bezceremonialnie przywalił z bańki.
Jutro będzie tego żałował.
Oszołomiony mężczyzna nie był
przygotowany na kopniak w klatkę piersiową. Dobrze, jeszcze kilka
metrów. Żeby tylko nie zmniejszyć dystansu... nagle rozległy się
dzwony kościelne. Hoan liczył uderzenia pomiędzy blokowaniem
ciosów. Naliczył pięć. Niedobrze, za trzy godziny miał pociąg,
a musiał się jeszcze wymeldować z hotelu. Nie było czasu na
zabawę.
Wziął rozbieg i wykonał salto nad
wikarym. Ten natychmiast się obrócił i wyprowadził cios, który
Hoan zdołał zablokować. Przy okazji wykręcając mężczyźnie
rękę aż coś strzeliło. Ups, chyba złamał mu rękę... Ale
przeciwnik niczym się nie przejął. Chłopak uderzył jego głową
o chrzcielnicę, żeby go jeszcze trochę zamroczyć, a potem po
prostu wepchnął twarz do misy z wodą. Musiał mocno trzymać, bo
facet strasznie się wyrywał.
Plan Hoana działał. Poznał to po
tym, że szpony zaczęły się kurczyć. Wyjął swoje lusterko i
otworzył nad trzepoczącą się głową. Nie przepadał za tą
metodą, ale nie miał wyjścia. Jeszcze chwila i będzie po sprawie.
Nachylił się, żeby widzieć odbicie w lusterku. Ciągle tył
głowy.
Nagle Hoana przeszył ból w boku.
Omal nie wypuścił lusterka. To przeciwnik wbił w niego pazury.
Dobrze, że były nie dłuższe od normalnych tipsów. Ale i tak
bolało jak cholera. A nie powinno. To oznaczało, że trafił na
kogoś silnego. Zagryzł zęby i kopnął księdza w kolano. Jeśli
złamie mu jeszcze jakąś kość, to trudno.
W końcu w lusterku pojawiła się
wykrzywiona twarz. Hoan zatrzasnął wieczko i odrzucił nieprzytomne
ciało na posadzkę. Musiał przytrzymać lusterko noga, bo trzęsło
się jak oszalałe. Właśnie dlatego nie lubił tej metody. Sięgnął
do kieszeni po kredę i nakreślił na podłodze duży pentagram. W
trójkąty wytyczone przez ramiona nasypał soli. Może przydałyby
się jeszcze świece... Ale nie miał czasu. Wrzucił swoje lustro w
sam środek. Klapka natychmiast się otworzyła i przed oczami Hoana
stanęła upiorna postać. Na wpół materialna, częściowo
bezkształtna. Demon świata duchowego. Mógł się tego spodziewać.
Najczęściej wybierają księży, mnichów, zakonnice. Zjawa zawyła
i rzuciła się w stronę Hoana. Ale cofnęła się jak oparzona. Nie
mogła przekroczyć linii pentagramu. Ani wyrządzić krzywdy temu,
kto go narysował. Dlatego chłopak po prostu wszedł do środka i
wyjął swoje lusterko. Tak jak się spodziewał, wewnątrz znalazł
glinianą pieczęć. Więc jego przeciwnik był jednak poślednim
demonem. A jego siła musiała wynikać z tego, że długo się
pałętał po ziemi. Ale czas to skończyć.
Podszedł do wikarego i poklepał go
po twarzy. Mężczyzna na szczęście otworzył oczy. I natychmiast
się wzdrygnął, czego szybko pożałował, bo poruszył ręką.
– Chyba sobie coś złamałeś –
powiedział prawie zgodnie z prawdą Hoan. – Spokojnie, nic ci nie
zrobię. Jesteś przytomny?
– T... tak – ksiądz był
wystraszony, ale zdecydowanie kontaktował.
– Skup się. Co czujesz kiedy jestem
obok?
– Co?
– Co czujesz, coś wyjątkowego?
– Tak jakby... nie wiem, ale coś
dziwnego.
– Właściwie to dobre określenie...
A pamiętasz co czułeś przy tej zakonnicy?
– Tak.
– Umiesz te dwa odczucia odróżnić?
– Tak – tym razem zabrzmiał
zdecydowanie.
– Świetnie. Teraz szybka lekcja.
Przede wszystkim zdobądź lusterko. Jeśli w odbiciu zobaczysz kogoś
innego niż stojący przed tobą, nie masz do czynienia z
elementalistą i pozbawianie głowy nie jest dobrym wyjściem.
– Ale...
– Cicho. Pozbawiłeś kobietę życia,
a demon wszedł w ciebie. Błąd nowicjusza, zdarza się. Teraz jest
tam.
Spojrzeli obaj w stronę pentagramu.
Wikary zbladł i Hoan wystraszył się, że zaraz odpłynie.
– Spokojnie, nic nam nie zrobi.
Lustra potrafią na jakiś czas uwięzić demona, ale powstrzymać je
może tylko pentagram. Byle nie odwrócony! Na elementalistów dobre
jest srebro, na takich jak ten tutaj... raczej sól i woda święcona.
Krucyfiks nie działa ani na jednych, ani na drugich. Nadążasz?
– Tak, ale...
– Spójrz – pokazał mu glinianą
tabliczkę. – To jest pieczęć. Pozostaje kiedy „zabijesz”
elementalistę, czyli pozbawisz głowy lub przestrzelisz porządnym
srebrnym pociskiem, albo kiedy uwięzisz sferowca, czyli tego tam. W
obu przypadkach na końcu robisz tak.
Hoan przełamał pieczęć. Demon
zawył niemiłosiernie i zamienił się w kupkę popiołu, która po
chwili się rozwiała.
– Co się z nim stało? – spytał
ksiądz.
– Wrócił tam skąd przybył. Nie
jestem pewien czy to piekło czy coś innego. Wiesz jak rozpoznać
demona?
W odpowiedzi skinął głową.
– Elementaliści mają takie samo
odbicie. Sferowców widać tylko w lustrze. Tych pierwszych możesz
pozbawić głów, tych drugich nie.
– Kim jesteś?
– Łowcą, tak jak ty. Musisz znaleźć
sobie jakiegoś nauczyciela.
– A ty?
– Przykro mi, działam na innym
terenie. Ale wyczujesz innego Obdarzonego, tak jak mnie.
Hoan ustalił jeszcze z wikarym wersję
zdarzeń. Po wyjściu chłopaka, tamten miał zadzwonić na policję.
Oficjalnie znalazł ciało zakonnicy i sam został zaatakowany. Na
swoje szczęście wyszedł z tego spotkania tylko ze złamaną ręką
i obolałą głową. Oczywiście nie widział twarzy sprawcy.
Przed wyjściem Hoan uprzątnął
pentagram. Co prawda gdyby w jego środku ułożył głowę
zakonnicy, łatwo byłoby jej śmierć wyjaśnić jakimś obrządkiem
satanistycznym. I tak nikt nie odróżnia normalnego pentagramu od
odwróconego. Ale Hoan nie lubił bezczeszczenia ciał.
Pozostawała jeszcze kwestia winy
wikarego. Bezsprzecznie pozbawił kobietę życia, nawet jeśli nie
do końca wiedział co robi, bo myślał, że jest demonem. Niestety
Hoan znał niewielu Obdarzonych, a każdy był na wagę złota.
Dlatego uznał, że mężczyzna będzie musiał we własnym sumieniu
ocenić co zrobi dalej. Tanaka zrobił to, co do niego należało.
Odesłał w niebyt kolejnego demona.
Wychodząc z kościoła poczuł ból w
boku. Rana się zabliźniała. To dziwne, bo nie powinna boleć.
Nigdy dotąd nie bolała go żadna rana zadana przez demona, ani
nawet jego uderzenie. Nie do końca to rozumiał, ale rany zadane
przez demona były trochę jak ugryzienia nietoperzy. Nie wiedział
czy demony produkują jakiś środek znieczulający, ale mało go to
obchodziło. Znaczenie miało tylko to, że natura wyposażyła go w
zespół cech i umiejętności niezbędnych do walki z demonami.
Hoan nazywał to efektem
superbohatera. Na co dzień mógł być powolny i bez kondycji, ba
mógłby nawet ważyć sto kilo. Ale kiedy w pobliżu zjawiał się
jakiś demon, do głosu dochodziło alter ego Hoana. Odważne, silne,
zwinne i wytrzymałe. Mógł godzinami ścigać zdobycz, bić się z
nią, robić salta i przewroty oraz wszystko, czego wymagała
sytuacja. I nie czuł zmęczenia. Przynajmniej do następnego dnia.
Niestety syndrom superbohatera
kompletnie nie przekładał się na jego tężyznę fizyczną na co
dzień. Jedyne co czuł następnego dnia to potworne zmęczenie i ból
całego ciała. No cóż, jakby nie patrzeć wykonywał spory
wysiłek. Tylko czemu do jasnej cholery nie przekładało się to ani
na spadek wagi, ani na przyrost mięśni. Ale natura Łowcy nadal
była dla niego zagadką.
Wykorzystał to, że ciągle jeszcze
był nabuzowany po walce i ile sił pobiegł do hotelu. Normalnie
zasapałby się przy końcu najbliższej ulicy, ale na szczęście
efekt herosa jeszcze nie minął. Szybko wziął prysznic i się
spakował. Miał szczęście, że zdążył na pociąg.
To był drugi powód, dla którego
Hoan nie lubił Halloween. Ludziom mogło się wydawać, że to
niewinna zabawa, ale chcąc nie chcąc igrali z siłami, o których
nie mieli bladego pojęcia. Faktem było, że tego dnia na ziemię
przybywało najwięcej demonów. Nie bez przyczyny zwano to nocą
duchów. Chociaż akurat duchy byłby najmniejszym problemem.
Zdecydowanie gorsze były demony. Zarówno te materialne,
elementaliści, jak i sferowcy – opętujący ludzi.
O, tak, Hoan o demonach wiedział bardzo dużo. Zarówno tych, z którymi wałczył w realnym świecie, jak i tych, które hodował w sobie. I o ile na te zewnętrzne miał metody, to wewnętrzne zdawały się wygrywać z nim tę nierówną walkę. No cóż, nie można mieć wszystkiego. Chociaż kto jak kto, ale Hoan powinien sobie radzić z każdego rodzaju demonami. W końcu sam był jednym z nich...
O, tak, Hoan o demonach wiedział bardzo dużo. Zarówno tych, z którymi wałczył w realnym świecie, jak i tych, które hodował w sobie. I o ile na te zewnętrzne miał metody, to wewnętrzne zdawały się wygrywać z nim tę nierówną walkę. No cóż, nie można mieć wszystkiego. Chociaż kto jak kto, ale Hoan powinien sobie radzić z każdego rodzaju demonami. W końcu sam był jednym z nich...
Na początku był... koniec
Właściwie to pierwszy post miał się pojawić wcześniej. Miałem nawet gotowy tytuł i tekst w głowie. Nieco inny niż ten. Ale chyba podświadomie przeciągnąłem publikację do dzisiejszego dnia. Zresztą to dzięki pomocy znajomego, który wyręczył mnie z pracy nad bannerem :) Dziękuję M. ;)
Na początku pewnie wypadałoby napisać o czym ten blog ma być. Tyle, ze to właściwie będą dwa blogi :D Jeden z powieścią, drugi codzienny, gdzie będą pojawiać się moje przemyślenia, czasem jakieś uzupełnienia. Postaram się to tak zorganizować, żeby wszystko było czytelne :)
Dziś mija dzień, od którego liczę pewien symboliczny roczny okres. Taka mała „rocznica”, chociaż jak się okazało ani to czego ten okres dotyczy nie zaczęło się w ten dzień, tylko wcześniej, ani nie przetrwało całego roku. No cóż, bywa. Ale traktowałem ten dzień jako granicę podjęcia pewnych decyzji. I mimo, że zostały podjęte wcześniej, to dla mnie nic się nie zmieniło jeśli chodzi o plany.
To był bardzo dziwny okres. Dokładna opowieść o nim byłaby długa, ale to nie czas i miejsce na nią :) Ten czas przyniósł mi dużo dobrego i złego. Chwilę radości, optymizmu, uśmiechu i długich rozmów niemal do świto. Ale także rozgoryczenia, złości, smutku, cierpienia i bólu. Tych drugi było chyba więcej... Bo odczuwałem je podwójnie. Za siebie i za kogoś innego..,
Ale to był też dla mnie czas, żeby nauczyć się czegoś o sobie, o innych ludziach, pewne rzeczy przewartościować. Wiem już na pewno, ze potrafię być oddany. More nawet beznadziejnie oddany i jak to określiła moja przyjaciółka „wierny jak pies”. Tak, coś w tym jest... Przekonałem się też, ze potrafię się beznadziejnie zaangażować, być dla kogoś nie zważając na swoje uczucia, Chociaż to jedna strona medalu. Z drugiej jest... bezsensowne, szkodliwe przywiązanie, graniczące z uzależnieniem. A to nigdy nie jest dobre. Nauczyłem się też, ze jestem w stanie przesuwać granice swojej wytrzymałości i pewnie przesuwałbym je nadal, gdyby ktoś inny nie miał z tym problemu większego ode mnie.
Czego się jeszcze nauczyłem? Że czasem trzeba wybrać zdrowy rozsądek zamiast podszeptów serca. Nawet jeśli się wie, że będzie bolało. Dlaczego? Bo po bólu człowiek w końcu osiąga spokój. Chociaż ja miałem „łatwiej”. Pomogła mi złość i rozgoryczenie postawą ludzką. Ale to bardzo dobrze, bo miałem chwilę, żeby oderwać się od kołowrotka wydarzeń i uczuć i mogłem podjąć świadomy wybór, że wysiadam z tej karuzeli na własne życzenie. I jest w tej metaforze pewna symboliczna dosłowność. W ciągu tego roku z dość regularną powtarzalnością znajdowałem się w tym samym punkcie. I nawet jak jedną nogą byłem już za tą karuzelą to nie udało mi się wysiąść. Ale na moje szczęście zwolniła na tyle, a nawet się zatrzymała, że zdążyłem zrobić ten ostatni krok. I nie dałem się zaprosić na kolejną przejażdżkę.
Zastanawiam się, czy czegoś w tym okresie żałuję. Pewnie tego, że nie ułożyło się lepiej. Że mimo obustronnych niejednokrotnych prób, mimo wzajemnych nauk i postępów happy end diabli wzięli. A także tego, że inni nie potrafią zsiąść ze swojej karuzeli kiedy zwalnia i się zatrzymuje, mimo że obok stoją ludzie gotowi uchronić ich przed upadkiem. Ale nie można wiecznie stać i czekać aż ktoś się odważy zrobić krok. Czasem trzeba myśleć o sobie i iść swoją drogą.
Już nie stoję nad przepaścią. Nie szukam liny. Nie potrzebuję jej. Patrzę w dół. Zamiast nieprzeniknionej pustki widzę lazur nieba. Czuję ciepły podmuch wiatru. Ale lina wciąż leży nieopodal. Podchodzę do niej... I podpalam. Żeby już nikt mi jej nie rzucił. Patrzę w stronę krawędzi. Uśmiecham się. Nie wiem czy sam do siebie, czy do Słońca na niebie.
Biorę rozbieg i skaczę. Rozpościeram ręce. Pęd powietrza chłodzi mi twarz. Nie jest zimny, jest przyjemnie chłodny. Lubię taki chłód. Patrzę w dół, w odbicie Słońca w tafli zimnej wody. Zmieniam pozycję na lot nurkowy. Przebijam wodę. Żeby tafla zamknęła się za mną jak drzwi. Zostawiając Słońce za sobą. Czas płynąć. Czasem z prądem, czasem pod prąd. Ale na pewno swoim własnym nurtem :)
Z oddali to co wielkie,
swój ogrom traci w mig.
Dawny strach co ściskał gardło,
na zawsze wreszcie znikł!
Zobaczę dziś czy sił mam dość,
by wejść na szczyt, odmienić los.
I wyjść zza krat, jak wolny ptak.
O tak..!
Mam tę moc!
Mam tę moc!
Rozpalę to co się tli.
Mam tę moc!
Mam tę moc!
Wyjdę i zatrzasnę drzwi!
Na początku pewnie wypadałoby napisać o czym ten blog ma być. Tyle, ze to właściwie będą dwa blogi :D Jeden z powieścią, drugi codzienny, gdzie będą pojawiać się moje przemyślenia, czasem jakieś uzupełnienia. Postaram się to tak zorganizować, żeby wszystko było czytelne :)
Dziś mija dzień, od którego liczę pewien symboliczny roczny okres. Taka mała „rocznica”, chociaż jak się okazało ani to czego ten okres dotyczy nie zaczęło się w ten dzień, tylko wcześniej, ani nie przetrwało całego roku. No cóż, bywa. Ale traktowałem ten dzień jako granicę podjęcia pewnych decyzji. I mimo, że zostały podjęte wcześniej, to dla mnie nic się nie zmieniło jeśli chodzi o plany.
To był bardzo dziwny okres. Dokładna opowieść o nim byłaby długa, ale to nie czas i miejsce na nią :) Ten czas przyniósł mi dużo dobrego i złego. Chwilę radości, optymizmu, uśmiechu i długich rozmów niemal do świto. Ale także rozgoryczenia, złości, smutku, cierpienia i bólu. Tych drugi było chyba więcej... Bo odczuwałem je podwójnie. Za siebie i za kogoś innego..,
Ale to był też dla mnie czas, żeby nauczyć się czegoś o sobie, o innych ludziach, pewne rzeczy przewartościować. Wiem już na pewno, ze potrafię być oddany. More nawet beznadziejnie oddany i jak to określiła moja przyjaciółka „wierny jak pies”. Tak, coś w tym jest... Przekonałem się też, ze potrafię się beznadziejnie zaangażować, być dla kogoś nie zważając na swoje uczucia, Chociaż to jedna strona medalu. Z drugiej jest... bezsensowne, szkodliwe przywiązanie, graniczące z uzależnieniem. A to nigdy nie jest dobre. Nauczyłem się też, ze jestem w stanie przesuwać granice swojej wytrzymałości i pewnie przesuwałbym je nadal, gdyby ktoś inny nie miał z tym problemu większego ode mnie.
Czego się jeszcze nauczyłem? Że czasem trzeba wybrać zdrowy rozsądek zamiast podszeptów serca. Nawet jeśli się wie, że będzie bolało. Dlaczego? Bo po bólu człowiek w końcu osiąga spokój. Chociaż ja miałem „łatwiej”. Pomogła mi złość i rozgoryczenie postawą ludzką. Ale to bardzo dobrze, bo miałem chwilę, żeby oderwać się od kołowrotka wydarzeń i uczuć i mogłem podjąć świadomy wybór, że wysiadam z tej karuzeli na własne życzenie. I jest w tej metaforze pewna symboliczna dosłowność. W ciągu tego roku z dość regularną powtarzalnością znajdowałem się w tym samym punkcie. I nawet jak jedną nogą byłem już za tą karuzelą to nie udało mi się wysiąść. Ale na moje szczęście zwolniła na tyle, a nawet się zatrzymała, że zdążyłem zrobić ten ostatni krok. I nie dałem się zaprosić na kolejną przejażdżkę.
Zastanawiam się, czy czegoś w tym okresie żałuję. Pewnie tego, że nie ułożyło się lepiej. Że mimo obustronnych niejednokrotnych prób, mimo wzajemnych nauk i postępów happy end diabli wzięli. A także tego, że inni nie potrafią zsiąść ze swojej karuzeli kiedy zwalnia i się zatrzymuje, mimo że obok stoją ludzie gotowi uchronić ich przed upadkiem. Ale nie można wiecznie stać i czekać aż ktoś się odważy zrobić krok. Czasem trzeba myśleć o sobie i iść swoją drogą.
Już nie stoję nad przepaścią. Nie szukam liny. Nie potrzebuję jej. Patrzę w dół. Zamiast nieprzeniknionej pustki widzę lazur nieba. Czuję ciepły podmuch wiatru. Ale lina wciąż leży nieopodal. Podchodzę do niej... I podpalam. Żeby już nikt mi jej nie rzucił. Patrzę w stronę krawędzi. Uśmiecham się. Nie wiem czy sam do siebie, czy do Słońca na niebie.
Biorę rozbieg i skaczę. Rozpościeram ręce. Pęd powietrza chłodzi mi twarz. Nie jest zimny, jest przyjemnie chłodny. Lubię taki chłód. Patrzę w dół, w odbicie Słońca w tafli zimnej wody. Zmieniam pozycję na lot nurkowy. Przebijam wodę. Żeby tafla zamknęła się za mną jak drzwi. Zostawiając Słońce za sobą. Czas płynąć. Czasem z prądem, czasem pod prąd. Ale na pewno swoim własnym nurtem :)
Z oddali to co wielkie,
swój ogrom traci w mig.
Dawny strach co ściskał gardło,
na zawsze wreszcie znikł!
Zobaczę dziś czy sił mam dość,
by wejść na szczyt, odmienić los.
I wyjść zza krat, jak wolny ptak.
O tak..!
Mam tę moc!
Mam tę moc!
Rozpalę to co się tli.
Mam tę moc!
Mam tę moc!
Wyjdę i zatrzasnę drzwi!
Subskrybuj:
Posty (Atom)