sobota, 22 listopada 2014

Rozdział 2

ROZDZIAŁ 2
*
Gdy się znajduje przyjaciela

Gdy się znajduje przyjaciela
To każdy dzień jest jak niedziela
Calutki rok

Gdy się znajduje przyjaciela
Słoneczny promyk z nieba strzela
Jaśnieje wzrok

I słowo słowa się nie boi
Obrus się bieli, chleb się kroi
Gdy spadnie zmierzch
Światło rozsądku mrok przewierca
I jest pogadać z kim
Od serca
Pomilczeć też

A jeśli przyjdzie w dwie przeciwne strony ruszyć
Jeśli to przyjaźń nic przyjaźni tej nie wzruszy
I z końca świata Ci napiszą SMS
Jeśli to jest prawdziwa przyjaźń
Jeśli jest

Tak zdarza się zazwyczaj, lecz pamiętać warto
Że los czasami umie zagrać czarną kartą
I choć nie wróży tego żaden gest ni znak
To już się stało

A Ty wtedy myślisz tak
Kiedy się traci przyjaciela
Deszczem zasnuwa się niedziela
Szarzeje czas

Kiedy się traci przyjaciela
Nadziei drzewko się spopiela
Co rosło w nas

I czarny smutek świat przesłania
I w sercu mnożą się pytania
Dlaczego? Jak?

Czemu tak los żartuje z nami
Czemu się gwiazdy nad głowami
Złożyły tak

Natrętnych pytań długo w noc Cię męczy szereg
Przecież przyjaciół ma się w życiu trzech lub czterech
I łatwo w skutek zimnych gwiazd obrotów złych
Spotkać samotność

Gdy przyjaciół stracisz swych
A czas przesiewa dalej piach i popatrz oto
W czasu klepsydrze nagle błyśnie szczere złoto
To nowa przyjaźń

Nowa szansa, nowy szlak
Więc chroń tę szansę i zaśpiewaj sobie tak:
Gdy się znajduje przyjaciela...






   




     Wiele tysiącleci temu jeden z demonów zamieszkujących piekło odważył się podnieść rękę na samego Belzebuba. Ten za karę skazał go na najokrutniejsze, co mogło spotkać demona – miłość do człowieka. Była to pierwsza klątwa jaką w ogóle rzucono. Klątwa nieszczęśliwej miłości, bo któż pokochałby demona.
     Ale demony posiadały umiejętność zmiany postaci. Często przybierały bardzo dziwne formy. Ten, którego przeklęto zazwyczaj pojawiał się pod postacią krowy, lub mężczyzny z głową krowy i wymionami zamiast palców. Dlatego nosił imię Uber, co po łacinie znaczyło wymię. Ale wśród swoich pobratymców zwany był po prostu Ubem.
     Tak więc Ub został przeklęty i wygnany na ziemię, gdzie stracił swoją nieśmiertelność i wiele demonicznych mocy. Jedyna, jaka mu została to zmiana wyglądu. Przybrał więc Ub postać młodego mężczyzny i zakochał się w pięknej Lilith. Niewiasta zauroczona młodzieńcem oddała mu swe serce i ciało.
     To nie spodobało się Belzebubowi, który porwał Lilith i uczynił swą nałożnicą, a Uba kazał zgładzić. Jednak Lilith jak się okazało była w ciąży. Belzebub nie mógł znieść myśli, że jego wybranka miałaby powić pomioty Uba. Czekał tylko na rozwiązanie, żeby zabić to, co się narodzi. A narodziły się bliźnięta. Zdrowe, dobrze zbudowane i będące w połowie demonami. Belzebub zmienił zdanie i darował dzieciom życie. Ale zaplanował im znacznie gorszy los. Oboje mieli trafić na ziemię, gdzie ich przeznaczeniem miało być parzenie się z ludźmi i płodzenie sobie podobnych istot. I do końca swych dni mieli nie zaznać miłości drugiej istoty. Bo jedynym co przyciągało do nich partnerów, było pożądanie.
     I odesłał Belzebub Inka i Sukki, jak nazwała je Lilith na ziemię. I rosły tam zdrowe i witalne do czasów młodzieńczych, kiedy po raz pierwszy poczuli miłość. Uczucie piękne i jedyne w swoim rodzaju, ale nigdy nieodwzajemnione.
     Widząc to, sam Bóg postanowił ulitować się nad potomstwem Inka i Sukki i jednocześnie zadrwić z Belzebuba. Dzieci ich i dzieci ich dzieci miały stać się orężem w walce z demonicznymi zastępami. Obdarzonymi niezwykłymi umiejętnościami.
     Tak przedstawiała się legenda o kambionach, czyli Obdarzonych, jak nazywał ich Hoan. Kambioni byli potomkami demona i człowieka. Ale tylko dwa typy demonów, w zasadzie pół-demonów mogły płodzić dzieci. Inkuby i sukkuby, które odziedziczyły nazwy po swoich przodkach.
     Inkuby były demonami męskimi, które współżyły z kobietami. Ich nazwa wywodziła się z łacińskiego słowa incubatio, co oznaczało inkubację. Otrzymali je dlatego, że kobiety, z którymi współżyły nosiły ich potomków.
     Z kolei sukkuby były demonami żeńskimi współżyjącymi z mężczyznami. Nazwa ta pochodziła od łacińskiego succus czyli sok. Bo sukkuby przyjmowały życiodajne soki mężczyzn.
     Logicznym było nasuwające się pytanie jak demon mógł spłodzić dziecko. Ale przecież Ink i Sukki pochodzili od ojca, który utracił nieśmiertelność. Niemniej wciąż był demonem, tyle że z ciałem i życiem. Dlatego wszystkie inkuby i sukkuby były w połowie demonami. I wszystkie co do jednego zaznały w życiu jedynie miłości cielesnej.
     Trochę lepiej miały ich dzieci czyli Obdarzeni. Ci na szczęście mieli szansę na miłość. Niestety nosili też na sobie piętno bycia potomkiem pół-demona. A było to piętno dziedziczone. Rodziło się z nim pierwsze dziecko i przekazywało swojemu potomkowi tej samej płci.
     Na przykład w rodzinie Hoana Obdarzeni byli tylko mężczyźni. Sam nawet nie wiedział od ilu pokoleń. Ale wiedział, że zarówno jego ojciec, dziad i pradziad byli Obdarzonymi.
      Zresztą o swoim pochodzeniu dowiedział się stosunkowo niedawno, bo pięć lat temu. Krótko po swoich dwudziestych urodzinach. Pamiętał ten dzień jakby to było wczoraj. Wracał wieczorem z zajęć przez park. Zwykle po zmroku wybierał inną drogę. Ale coś go podkusiło, żeby iść akurat tamtędy.
     W pewnym momencie usłyszał stłumiony krzyk. Wysoki, z pewnością kobiecy. Dojrzał jakiś ruch w oddali. Ktoś tarzał się po ziemi. Nie widział dokładnie, ale nie wyglądało to dobrze. A Hoan zamiast wezwać pomoc, zadzwonić na policję, wziął jakiś drąg leżący nieopodal i rzucił się na napastnika. Jak kompletny idiota. Facet okazał się dwa razy większy od chłopaka i drąg, naprawdę nie byle jaki kijek, tylko potężny konar, złamał się na plecach tego typa jak zapałka.
     W odpowiedzi napastnik odwinął się z rykiem i trzepnął Hoana tak, że ten przeleciał kilka metrów zanim upadł na ziemię. Ale ku zaskoczeniu chłopaka, nie poczuł uderzenia. Za to poczuł twarde lądowanie. Kobieta wykorzystała okazję i próbowała uciekać, ale drab znów ją dopadł.
     A Hoan znów jak kretyn rzucił mu się na szyję. Tym razem ofiara lepiej wykorzystała sytuację i umknęła w popłochu. Zostawiając Tanakę na karku tego... karka. Świetnie, wyniosą go z tego parku w plastikowym worku. Hoana rzecz jasna.
     Ale chłopak nagle poczuł jak ktoś chwyta go za kurtkę i ściąga na ziemię. Zaskoczony zobaczył wuja Stefana, który okładał teraz napastnika pięściami. Co nie robiło na nim specjalnego wrażenia.
– Na co czekasz?! – zawołał zadając ciosy. – Gdzie masz broń?
– Co mam? – odparł zdziwiony.
– Sai, shurikeny, cokolwiek.
– Nie noszę ich ze sobą.
– Niech to szlag – zaklął Stefan zadając mocny cios w szczękę. Niestety napastnik mu oddał i mężczyzna wylądował nieopodal Hoana.
– Masz chociaż srebro? – spytał gramoląc się z ziemi.
– Krzyżyk.
– Na kij się przyda... A łańcuszek?
– Też.
– No to rusz się!
     Mężczyzna pobiegł zająć się napastnikiem, żeby Hoan mógł zdjąć łańcuszek z szyi. Tylko co niby miał z nim zrobić? Mógł sobie co najwyżej pomachać... I właśnie to zaczął robić. Działał intuicyjnie. Owinął łańcuszek wokół palca, aby mieć pewniejszy chwyt i zaczął nim wymachiwać. Podbiegł do wuja w chwili, kiedy przeciwnik zamachnął się, aby zadać cios. W tym momencie Hoan oplótł mu łańcuszek wokół nadgarstka i pociągnął.
     Mężczyzna zawył, chłopak poczuł swąd i... po chwili facet stał bez dłoni. Po prostu odpadła. Tanaka patrzył się oniemiały.
– Nie stój tak! – ponaglał Stefan. – Szyję mu opleć!
     Hoan znów działał jak w transie. Rzucił się napastnikowi na plecy i oplótł szyję łańcuszkiem. Znów ryk bólu, syk palonej skóry i po chwili srebro przecięło skórę i pozbawiło mężczyznę głowy. Dosłownie potoczyła się po ziemi. A Hoan zawisł na korpusie. Zrobiło mu się niedobrze.
– Dzięki Bogu – westchnął Stefan. – Na co ty czekałeś?
– Przepraszam – powiedział słabo Hoan. Schował się za drzewem i zwymiotował. – Co to było? – spytał wycierając usta.
– Powiem ci w domu. Lepiej, żeby nikt nas tu nie zobaczył.
     I właśnie wtedy Hoan dowiedział się, że jest Łowcą. Czyli kambionem, którego przeznaczeniem była walka z demonami. A wuj Stefan był Obrońcą, taką strażą przyboczną Łowcy. Co wyjaśniało, dlaczego zawsze był w pobliżu i służył pomocą. Poza tym chłopak dowiedział się też, że właśnie odesłał w niebyt swojego pierwszego elementalistę.
     Wuj pokrótce wyjaśnił mu kim są Obdarzeni, opowiedział o typach demonów i sposobie walki z nimi. Niestety jako Obrońca nie wiedział wystarczająco dużo. Sam nie zabijał demonów, pomagał tylko Łowcom. Zwykle odciągając uwagę demona, aby Łowca mógł przygotować jakąś skuteczną pułapkę. Zresztą właśnie tak poznali się z ojcem Hoana. Kenta był Wynalazcą. Opracowywał i wykonywał broń dla Łowców.
– Musisz się jeszcze sporo dowiedzieć – stwierdził wuj.
– Niby skąd?
– Nie dostałeś żadnej księgi?
– Po dziadku. Ale jest zamknięta. Możesz ją otworzyć?
– Pieczęć?
– Tak. Zalakowana.
– Niestety nie pomogę. Potrzebujesz kogoś, kto łamie pieczęcie. A ja nikogo takiego nie znam.
– To są jeszcze inni?
     Okazało się, że Obdarzeni sprawowali różne funkcje. Byli Łowcy jak Hoan, którzy zabijali demony, byli tacy jak Stefan, którzy pomagali w walce. Ale byli też tacy, którzy spisywali księgi i zakładali pieczęcie, oraz tacy, którzy te pieczęcie łamali i przekazywali wiedzę zawartą w księgach. I właśnie kogoś takiego potrzebował Hoan.
– Gdzie go znaleźć?
– Na pewno nie w książce telefonicznej – wuj się zaśmiał. – Coś ci powiem. Kiedy spotkasz kogoś takiego, jak my, na pewno to wyczujesz prędzej czy później. To zawsze tak działa, bo łączy nas więź wspólnego przodka. Tak samo jak zawsze wyczujesz demona, bo jesteś potomkiem jednego z nich.
     Świadomość tego, że jego praprzodkiem był jakiś demon, nawet jeśli tylko w połowie, nie bardzo Hoana satysfakcjonowała. Ale w końcu rodziny się nie wybiera...
– Nic nie wyczułem. Po prostu coś mnie podkusiło, żeby iść przez park.
– Niektórzy to nazywają intuicją – mrugnął wuj. – Jakkolwiek to nazwiesz jest to coś co podpowiada nam, że mamy do czynienia z demonem. Z czasem nauczysz się je rozpoznawać. Oby jak najszybciej... Nic cię nie boli? Nieźle ci przywalił.
– Nie – odparł chłopak. – Dziwne.
– Twój dziadek też tak miał.
     Wuj opowiedział mu, że ojciec Kenty, który też był Łowcą, nigdy nie czuł bólu walcząc z demonem. Nawet kiedy odnosił rany. Poza tym mimo, że był dość mikry, podczas walki zyskiwał siłę i wytrzymałość ninja. Niestety ojciec Hoana i Stefan nie mieli tak łatwo. Obrońcy musieli ciężko pracować, żeby móc wywiązywać się z powinności. Jedyne czego nie musieli się uczyć to posługiwanie się bronią. Niezależnie czy dostawali do ręki miecz, łuk czy bat, opanowywali umiejętność posługiwania się nimi niemal błyskawicznie. Poza tym w razie potrzeby znaleźliby zabójcze zastosowanie nawet dla zapałki. Więc jednak było coś, czego wuj mógł Hoana nauczyć.
     I tak od sześciu lat Tanaka uczył się swojego nowego fachu. Głównie metodą prób i błędów, bo do tej pory poza wujem Stefanem nie spotkał innego Obdarzonego. Oczywiście był jeszcze tata, ale z Japonii niewielu lekcji mógł mu udzielić. Poza tym był Wynalazcą, więc wiedział mniej więcej tyle co Stefan.
     Ale to od ojca Hoan dowiedział się, czemu tak bardzo jego charakter odpowiada opisowi znaku Zająca w żywiole Ziemi, a prawie nic wspólnego nie ma z Ognistym Zającem. Co prawda Kenta nie był świadomy, że wyjaśnia to synowi, bo po prostu opowiedział mu historię ich rodu. To Hoan sam wyciągnął odpowiednie wnioski.
     Jak już wiedział, bycie Obdarzonym było dziedziczne. Ale jeśli zagłębić się w szczegóły, okazywało się, że dziedziczyło się konkretną profesję. Zależnie od tego kim był pierwszy Obdarzony w rodzie. W przypadku Tanaków był Łowcą urodzonym w znaku Zająca. Notabene Zająca w żywiole Ziemi. W całej historii rodziny Hoana było dosłownie kilka „przeskoków”, kiedy mężczyzna nie był Łowcą. Albo kiedy na świat jako pierwsza przychodziła dziewczynka, albo kiedy chłopiec nie rodził się w roku Zająca. Tak jak jego ojciec, który był Ognistym Wężem i jako pierwszy Wąż z rodu Tanaków został Wynalazcą. Był to zresztą świadomy wybór dziadka Hoana, który liczył, że syn urodzony w innym roku niż rok Zająca nie będzie nosił na sobie brzemienia. Ale to niestety tak nie działało.
     Z braku nauczyciela, Hoan wiele na temat walki z demonami musiał odkrywać sam. Począwszy od tego, że nie działa na nie krucyfiks, ale przydaje się pentagram. Że demony dzielą się na cielesne, które nazywał elementalistami i bezcielesne, czyli sferowców. Sporo informacji dostarczały mu książki babci, poświęcone ezoteryce, magii i symbolom. A miał tego sporo, bo pani Teresa na emeryturze postanowiła zgłębiać „wiedzę tajemną” i wróżyć sąsiadkom z kart, czy wyrysowywać i interpretować horoskopy. Dlatego tak bardzo dziwiła się, że w przypadku Hoana interpretacja jest właściwie słownikowa. Przynajmniej jeśli chodziło o cechy charakteru. Zresztą babcia starała się nie wróżyć rodzinie, ani interpretować ich horoskopów. Głównie przez mamę Hoana, która to potępiała. Ciekawe czy wiedziała czym zajmuje się jej mąż...
     W jednej z książek chłopak znalazł opis pentagramu jako symbolu magicznego. To z niej dowiedział się, że pięć ramion symbolizuje pięć żywiołów: wodę, ogień, metal, ziemię, powietrze oraz pięć „światów” - fizyczny, astralny, mentalny, duchowy i eteryczny. Czyli de facto miał związek z każdym typem demonów, jaki istniał na świecie i dlatego demony zamykało się w pentagramie.
     O zastosowaniu luster dowiedział się przypadkiem, kiedy ścigał jakiegoś opętanego mężczyznę po zamkniętym lunaparku. Traf chciał, że ofiara weszła akurat do gabinetu krzywych zwierciadeł. Chociaż dla demona było bez znaczenia, czy lustro było proste czy krzywe. Hoan zakradł się, narysował pentagram i zaczaił. W odpowiedniej chwili chlusnął w mężczyznę wodą święconą. I demon, owszem opuścił ciało, ale natychmiast wszedł w jedno z luster. A jako, że zwierciadła odbijały się wzajemnie, zaczął skakać z jednego do drugiego. Hoan musiał tłuc je wszystkie po kolei aż w końcu demon wylądował w pentagramie.
     A gliniane pieczęcie? No cóż, to też było niechcący. Jeden z jego pierwszych demonów i pierwszy sferowiec. Demon wylądował w pentagramie, a jego pieczęć pod nogami Hoana. Chłopak po prostu przypadkiem na nią nadepnął... Ale w sumie czy to ważne jak? Ważne, że przyniosło efekt.
      Tak oto od trzech lat wyglądało życie Hoana. Walka z demonami. Właściwie to jego życie wyglądało tak odkąd się dowiedział, że jest Łowcą. Jedynie w czasie choroby babci starał się ograniczać „zawodowo”. Ale tego się nie dało ograniczyć. Kiedy wyczuł demona, instynkt kazał zrobić wszystko, aby się go pozbyć. Nieważne, że był środek nocy i wracał do domu nad ranem, albo o świcie, biegnąc po drodze do sklepu, bo musiał jakoś wyjaśnić opiekunce, czemu przyszła i pocałowała klamkę.
     Jedynym pocieszeniem dla Hoana było to, że walki z demonami nie przerywały żadne dolegliwości. Bo podczas walki nic nie czuł, nie myślał o niczym innym, tylko o wyeliminowaniu celu. W zasadzie była to jakaś odskocznia od codzienności. Chociaż wiele razy marzyło mu się, żeby ktoś zdjął z niego to piętno i, żeby te cholerne demony dały mu święty spokój.
     A może to wcale nie o te demony mu chodziło. Może tak naprawdę to swoje wewnętrzne demony chciał zgładzić. Ale na nie nie działały ani srebro, ani woda święcona, ani nawet modlitwa. Czasy kiedy Hoan jeszcze próbował się modlić minęły trzy lata temu, po śmierci babci. Bo nie miał już o co się modlić. Chociaż i tak nawet jak się modlił, to bez większego przekonania. Nie wierzył w cuda i uzdrowienia. A może nie wierzył, że to właśnie jego modlitwy zostaną wysłuchane. Bo należy do grona wyklętych, którzy nie zasłużyli na łaskę Boską...
     Tak czy inaczej po kilku latach codziennych modlitw i próśb, po śmierci babci, Hoan sobie odpuścił. Zresztą nigdy nie był szczególnie religijny. Po prostu nie dana mu była łaska wiary. Z jednej strony zazdrościł ludziom głęboko wierzącym ich wiary i oddania. Z drugiej... Gdyby miało się to wiązać z wyzbyciem się jego poglądów, przekonań, wszystkiego tego, co czyniło go nim... Chyba by nie poszedł na taką zamianę.
     No cóż, musiała mu wystarczyć walka z demonami. Właściwie dzięki niej przynajmniej czasem bywał w jakimś kościele. Jak w Zamościu. Spojrzał jeszcze raz na artykuł udostępniony przez Pawła. Jaki ten świat mały. Ciekawe, czy jego nowy kolega był w tłumie gapiów, może w innych okolicznościach by się spotkali. Ale gdziekolwiek Hoan jechał, nie zabawiał długo. Bo nie robił tego, żeby sobie urządzać spotkania. Nie miał na to ani czasu, ani ochoty. Zwykle marzył o jak najszybszym załatwieniu sprawy i powrocie do domu. Do swojej bezpiecznej strefy.
     Przeciągnął się i rozmasował kark. Jutro nie będzie w stanie podnieść się z łóżka. A będzie musiał i to rano, żeby zdążyć przed największym tłumem. Póki co podniósł się z fotela i poszedł po herbatę. czekając aż zagotuje się woda, sprawdził czy ma wszystko przygotowane. Torba stała już spakowana, kurtka wisiała w szafie. Właśnie, kurtka. Ta, w której był w Zamościu nadaje się tylko do wyrzucenia. Będzie musiał kupić jakąś nową za parę złotych. Na ciuchy do pracy nie było sensu wydawać więcej.
     Wrócił przed komputer. Paweł udostępnił jakiś kolejny artykuł. Tym razem bez bezgłowych korpusów. Ale ten jeszcze bardziej zaintrygował Hoana. Przeczytał go, coraz bardziej otwierając oczy ze zdumienia. Właściwie to zabrakło mu tchu. W końcu odetchnął i „wyłamał” palce. Wyprostował się i zawiesił ręce nad klawiaturą. Był w swoim żywiole. W końcu nadarzyła się okazja do ciekawej rozmowy. A nic tak nie wciągało jak dyskusja. Nawet demony.

     Hoan jeszcze raz dokładnie przeczytał cały artykuł. Angielskiego używał ostatnio głównie w grach, ale mimo wszystko nie zardzewiał na tyle, żeby chłopak źle zrozumiał treść. A w tekście wyraźnie stało, że w jednym ze stanów w USA przywrócono prawo, które zrównywało „akty homoseksualne” z aktami pedofilii. Opierało się to na jakimś zamierzchłym przekonaniu, że geje to nawet nie potencjalni pedofile, tylko pedofile udający, że pociągają ich dorosłe osoby. Inaczej mówiąc homoseksualizm był niczym innym jak pedofilską przykrywką. Był w niemałym szoku, zresztą tak samo jak inne osoby, które zdążyły się wpisać pod postem Pawła.

Paweł Ambroziak
Czy oni tam totalnie pogłupieli??? Albo ja niewystarczająco znam angielski.

     Nie znasz go raczej gorzej ode mnie, a ja zrozumiałem to samo – pomyślał Tanaka.

Hoan Tanaka
To Ameryka, oni tam już dawno totalnie pogłupieli. Teraz tylko ich głupota osiąga nowe stadia ewolucji.

Paweł Ambroziak
Teraz to tylko czekać aż to się rozprzestrzeni. I to w USA! Kraju wolności I w ogóle. Świat się kończy.

     No cóż, nie od dzisiaj i nie tylko tam dla wielu ludzi, pedofil znaczy to samo co „pedał” – prychnął w myślach.

Hoan Tanaka
Paweł – i tak dla sporej części ludzi gej to potencjalny pedofil. I ci ludzie nie potrzebowali do tego poglądu żadnego amerykańskiego prawa czy to naturalnego, czy stanowionego.

Paweł Ambroziak
Wystarczy pomyśleć! Przecież pedofilia jest zarówno homoseksualna i heteroseksualna. To oczywiste, że jest zaburzeniem niezależnym od orientacji seksualnej. To co, trzeba przecież założyć, że heteroseksualizm jest przykrywką dla pedofilii heteroseksualnej. Ale tego nie można przecież założyć, bo w końcu ze związków heteroseksualnych rodzą się dzieci, więc wszystko w porządku. A ci faceci, którzy molestują i gwałcą własne córki to pewnie geje z zaburzeniem, dlatego biorą się za dziewczynki, a nie za chłopców. To. Jest. Jakaś. Paranoja!

     A od kiedy to ludziom dobrze wychodzi myślenie? Poza tym...

Hoan Tanaka
Ale przez szereg lat homoseksualizm także był uznawany za zaburzenie psychiczne, a dla niektórych nim pozostaje do dzisiaj. A pedofile fakt, iż homoseksualizm został uznany za orientację wykorzystali jako pretekst do walki o „swoje prawa”.Tyle tylko, że nie trzeba być geniuszem, aby dojść do wniosku, że w przypadku homo- czy heteroseksualistów mowa jest o zbliżeniu dwójki dorosłych ludzi, świadomych i do niczego nie przymuszanych. I to jest jakieś minimum kategoryzacyjne. Bo jeśli uznamy, że każdy popęd czy nawet fetysz, który odbiega od jakiejś normy powinno się karać to czeka nas mnóstwo absurdalnego prawa. A zacząć można od oskarżania ludzi uprawiających seks analny o ukryte skłonności homoseksualne, a zgodnie z tym prawym co za tym idzie o pedofilskie. Zgadzam się, że to absurd. Kiedyś Kościół walczył z czarownicami, teraz czarownic nie ma, trzeba nowego wroga społeczeństwa. Szkoda tylko, że może się oberwać Bogu ducha winnym ludziom, którzy i tak już nie mają łatwo.

     No, wyrzucił z siebie co myśli na ten temat. Choć nie bez lekkiego zaskoczenia. Zwykle nie uczestniczył w takich dyskusjach. Zwłaszcza z osobami, których nie znał. Właściwie o poglądach dyskutował tylko z Anką. Może dlatego, że mieli niemal identyczne.
     Ale odkąd wstąpił do jednej z grup o tematyce ezoteryczno-magicznej, częściej zabierał głos. Co prawda w tematach dla niektórych błahych, niepoważnych, ale cóż to czasem były za dyskusje... Zwykle musiał tłumaczyć co miał na myśli, bo niektórzy rozmówcy najwyraźniej nie rozumieli, o co mu chodzi i czasami dochodziło do spięć. Ale co mógł poradzić na to, że niektóre domorosłe wróżki nie odróżniały medium coeli od średniej coli, a napalone nastolatki szukały przepisu na eliksir miłosny. Cierpliwość i wyrozumiałość też miała swoje granice, na litość boską. Ale na szczęście byli też tacy, dla których zrozumienie słów Hoana nie stanowiło problemu.
     I w tej właśnie grupie Tanaka poznał Pawła. Chociaż to za dużo powiedziane, bo jakiś sporadyczny wpis Ambroziaka mignął mu tylko w gąszczu postów. Aż do dnia, w którym Paweł po kłótni z administratorką opuścił grupę. A Hoan zdążył go dodać do znajomych kilkanaście minut wcześniej. I tak naprawdę do teraz zdążyli wymienić kilka zdań. Ale te kilka zdań wystarczyło, żeby Paweł zrobił na nim dobre wrażenie rozsądnego faceta. A Hoan lubił rozmawiać z rozsądnymi ludźmi. Z mniej rozsądnymi lubił się tylko czasem kłócić...
     Temat zdawał się wyczerpać, więc Hoan wrócił do surfowania z przerwą na herbatę. Przed rozmową z mamą zdążył jeszcze sprawdzić pocztę. Elżbieta zawsze dzwoniła dzień przed Wszystkimi Świętymi, bo bardzo żałowała, że nie może być wtedy w Polsce. Doskwierało jej to zwłaszcza po śmierci pani Teresy.

– Cześć mamo – rzucił do mikrofonu, zanim jeszcze nałożył słuchawki. Ledwie zdążył odebrać. Matka zadzwoniła bardzo wcześnie. W Japonii nie było jeszcze nawet szóstej rano.
– Cześć kochanie – kobieta brzmiała na podekscytowaną i przejętą. Trochę inaczej niż zwykle. – Już gotowy na jutro?
– Od dawna – odparł zgodnie z prawdą. Przygotował się jeszcze przed wyjazdem do Zamościa. – A co u was, jak się miewacie?
– Miałam ci tego nie mówić przed wyjazdem, ale nie mogę wytrzymać – kobieta trochę się rozćwierkała. – Przeprowadzamy się.
– Och – Hoan faktycznie był nieco zaskoczony. Jego rodzice od przeszło dwudziestu sześciu lat mieszkali w tym samym domu. Skąd taka decyzja? – Nowa ulica, nowa dzielnica, czy nowa... stolica? – zażartował.
– Byłeś blisko – zaśmiała się. – Przeprowadzamy się... do Polski.
     Cholera jasna! Dobrze, że nie miał kamery, bo matka mogłaby pomyśleć,.. no cóż, że go zemdliło. Co ich podkusiło, żeby po tylu latach wracać do Polski?
– Hoan, jesteś tam?
– T...tak. Po prostu... jestem zaskoczony. Zajebiście zaskoczony...Skąd taka decyzja?
– Nie cieszysz się? – kobieta wyraźnie się zmartwiła.
– Oczywiście, że się cieszę – odparł nie do końca zgodnie z prawdą. – Tylko to... dość niespodziewane. Jak śnieg w lipcu. Na Saharze...
– Tata dostał propozycję pracy w ambasadzie japońskiej w Warszawie – wyjaśniła. – Cudownie.
– Rzeczywiście... To kiedy przyjeżdżacie?
– Święta spędzimy już w nowym domu – kobieta brzmiała jakby właśnie wygrała w totka. Za to Hoan wyglądał i czuł się, jakby ktoś właśnie mu podarł jego kupon z wygranymi liczbami.
– Ach... czyli wiosna. Świetnie – miał nadzieję, że brzmiał wiarygodnie.
– Hoan, na TE Święta – poprawiła go chichocząc. – Na Boże Narodzenie.
     W filmach jest czasem taka scena zbliżenia na twarz aktora, na jego oczy, a tło nagle odjeżdża. Właśnie tak czuł się teraz Hoan. Jakby otaczający go świat pędem się od niego odsuwał, zostawiając w jakiejś pustce.
– WOW – oprzytomniał w końcu. – To... (wariactwo)... fantastycznie. Ale gdzie będziecie mieszkać? Co z domem w Japonii? Dokumenty, sprawy urzędowe, cała reszta...
– To miłe, że się martwisz, ale niepotrzebnie. Na dom w Japonii mamy już kupca. Wuj Stefan znalazł nam ładny domek na przedmieściach, niestety po drugiej stronie miasta. Co prawda trzeba go trochę odremontować, chciałabym otwartą kuchnię, oddzielną toaletę, nie łączoną, garderobę... ale nie będę cię zanudzać babskimi sprawami. W każdym razie przyjedziemy w grudniu i dopełnimy formalności. A od Nowego Roku tata zaczyna pracę.
– A ty? – spytał, po czym się zreflektował i szybko dodał – mamo?
– Ja mam zająć się nadzorowaniem remontu. Po sprzedaży naszego domu i kupnie nowego jeszcze trochę zostanie na drobne przeróbki.
     Hoan już widział te „drobne przeróbki”. Otwarcie kuchni, wydzielenie toalety i garderoby. O ile to w ogóle będzie możliwe, wymagać będzie sporych nakładów. I będzie wielki bałagan.
     Matka podesłała mu link z ofertą domu. Oznaczonego już jako sprzedany. Nieduży, ale piętrowy, wolnostojący, na otwartym osiedlu gdzieś w Raszynie. Gdzie to w ogóle jest? Ach, to tam są te mega korki. Czasem je pokazują w telewizji. Chłopak rzucił okiem na wnętrza. No proszę, był nawet kominek. No tak, jego mamie zawsze się marzył. Poza tym jadalnia i salonik telewizyjny. Nie taki znowu mały ten dom. Środek wyglądał zachęcająco. Hoan już widział miejsce dla garderoby i dzielonej łazienki przy głównej sypialni. Wystarczy tylko przerobić jeden mały pokój i... położyć rury. Jak to mawiał Andrzej z sarkazmem w podobnych sytuacjach – rewelacja...
     Jego uwagę odciągnęła matka, która zaczęła opowiadać, że stare meble, poza kilkoma antykami, wystawili do komisu znajomego Kenty. Po koleżeńsku nie wziął prowizji i całą kwotę miał zwrócić rodzicom. W Polsce Hoan byłby bardziej ostrożny i spodziewałby się, że kolega jednak swoje zarobi. Ale może w Japonii ludzie są bardziej bezinteresowni.
     Kiedy w końcu skończył rozmowę z matką, westchnął i oparł głowę na rękach. Co tu się wyrabiało do cholery? Po co im ta przeprowadzka...
     No dobra, powinien się cieszyć. W końcu widywał rodziców raz do roku. I cieszył się za każdym razem kiedy przyjeżdżali, bo bardzo za nimi tęsknił. Ale... jeszcze bardziej się cieszył, kiedy wyjeżdżali...
     To nie tak, że był niewdzięcznym wyrodnym synem. Kochał rodziców, ale znał też swoją matkę. Za każdym razem, kiedy przyjeżdżała, pytała go o narzeczoną. A teraz będzie to mogła robić codziennie lub, co gorsza, próbować go swatać. Już raz próbowała. W zeszłym roku w desperacji zaprosił jako osobę towarzyszącą na wesele kuzyna Ankę. To znaczy, w desperacji, że w ogóle miał na to wesele iść, a nie, że z Anką. To mu akurat bardzo odpowiadało, bo mogli gdzieś się ulotnić i pogadać. Całe szczęście, że dziewczyna tańczyła równie niechętnie, co on.
     Ale kiedy już znaleźli się na parkiecie, matka Hoana obfotografowała ich ze wszystkich stron. Na szczęście była tak uzdolniona technicznie, że niechcący udało jej się usunąć z pamięci aparatu wszystkie zdjęcia. Chociaż może trochę szkoda, bo miałby w końcu zdjęcie, które mógłby wsadzić do ramki. Z kolei przy stole co pięć minut zachwycała się, jaka ładna z nich para. Dobrze, że Anka była wyrozumiała, bo na jej miejscu wbiłby swojej matce widelec w oko. Zresztą na swoim miejscu też go korciło...
     Kiedy miesiąc później rozmawiał z Elżbietą i spytała go o Anię, a dokładniej czemu się koło niej nie zakręci, nie wytrzymał i skłamał, że przeprowadziła się do narzeczonego. Co w zasadzie nie było dalekie od prawdy. Różnica była tylko taka, że nie DO, a OD i wyprowadziła. I nie narzeczonego, a ledwie chłopaka. Po trzech miesiącach znajomości i miesiącu wspólnego mieszkania zresztą. No cóż, Anka nie wierzyła w docieranie się. Stąd jej i tak nieliczne związki trwały wyjątkowo krótko, a ten ostatni był najpoważniejszy i najdłuższy. Poza tym Daniel jak się okazało dość chętnie ocierał się o bary... Dobrze, że sama go rzuciła, bo jeszcze tydzień i Hoan sam kazałby jej to zrobić. Właśnie, Anka!

Hoan Tanaka
Jesteś?

Anka Jakubowska
Hej :)

    Jak zawsze niezawodna – uśmiechnął się.

Hoan Tanaka
Zgadnij kto przyjedzie na Święta ;>

Anka Jakubowska
Rodzice? o.O Jak zwykle xP

Hoan Tanaka
Zgadza się. Zgadnij kto nie wyjedzie po Świętach...

Anka Jakubowska
o.O :-|

     Emotikona wyrażająca zdziwienie była jak najbardziej na miejscu. Dziewczyna doskonale wiedziała, że rodzice Hoana zawsze wracali do Japonii przed Sylwestrem.

Hoan Tanaka
No i nie zgadniesz, kto nie wyjedzie nawet po Nowym Roku.

Anka jakubowska
OMG. A co m się stało?

     Też bym chciał wiedzieć...

Hoan Tanaka
Och, nic... postanowili tylko tutaj zamieszkać.

Anka Jakubowska
COOOOO??????

     Chłopak opisał jej pokrótce rozmowę z matką. Anka wiedziała jakie mieli relacje, więc była w stanie zrozumieć jego obawy i niepewność. Zwłaszcza, że oficjalnie Hoan radził sobie w życiu znacznie lepiej niż było w rzeczywistości.

Anka Jakubowska
I co zrobisz?

Hoan Tanaka
Jak to co? Wyprowadzę się do Japonii...

Anka Jakubowska
xD Tylko nie zapomnij spakować mnie ze sobą ;)

Hoana Tanaka
Jasne :D A poważnie, to włączę się w projektowanie mieszkania, bo mama najchętniej wszystko urządziłaby w pastelowe lata pięćdziesiąte. Muszę ratować ojca...

Anka Jakubowska
Haha. No fakt, biuro w odcieniu lawendy i mięty mogłoby wyglądać kiepsko. A to nie biorą jakiegoś projektanta?

Hoan Tanaka
Tylko do przebudowy i kuchni, bo chcą zabudowę na wymiar. A reszta to wuj Stefan, ojciec i specyficzny zmysł artystyczny mamy.

Anka Jakubowska
To powodzenia ;) Twoja mama to chyba Panna? One są ponoć uparte :D

Hoan Tanaka
W mojej rodzinie nie ma nikogo bardziej upartego ode mnie... Poza tym mamie podobało się moje mieszkanie, więc może mi zaufa.

Anka Jakubowska
Oby xD

Hoan Tanaka
Lecimy spać, bo jutro nie wstanę. A muszę rano. Dobranoc :*

Anka Jakubowska
Papapa :*

     Po wyjściu z łazienki ułożył się przed telewizorem. Pomyślał, że musi pogadać z wujem Stefanem i zdobyć plany tego domu. Trochę się bał takiej przestrzeni, to jednak nie to samo co mieszkanie, poza tym ta otwarta kuchnia... Ale nic, widział zdjęcia, zobaczy jeszcze co zastanie na miejscu. Może wcale się nie da tej kuchni otworzyć na salon. Osobiście uważał, że takie rozwiązanie sprawdziłoby się tylko w jego domu, bo nikt by tam nie gotował, więc nie byłoby problemu z zapachami unoszącymi się w całym domu.
     Poza tym musiał jeszcze przekonać do swoich koncepcji mamę. O ojca się nie martwił, jemu potrzebny był gabinet, łóżko, wygodny fotel i telewizor. I już pełnia szczęścia. Wytwarzaniem broni mógł zająć się w garażu, albo piwnicy jeśli jakaś tam jest. Ale mama to w końcu kobieta. Będzie patrzeć na wygląd i funkcjonalność. Ważna kuchnia, ważna łazienka, ważna garderoba, ważna sypialnia. Ba, nawet ogród ważny. Chociaż do tego akurat Hoan nie miał zamiaru się wtrącać. Z korzyścią dla roślin zresztą.
      W sumie może dobrze się złożyło. Będzie mógł się czymś zająć, w końcu tak naprawdę poznać rodziców. Kiedy zdecydowali się oddać go pod opiekę babci, ojciec miał nadzieję, że w Polsce nie odezwie się piętno Obdarzonego. Że bez „czynnika aktywującego” Hoan będzie normalnym człowiekiem. A Kenta pamiętał, że gdy w Japonii demony spotykał niemal codziennie, w Polsce natrafił na jednego. I zaraz pojawił się jakiś Łowca i go zgładził. Więc nawet jeśli w Hoanie obudziłby się kambion, to znajdzie tu lepszego nauczyciela niż ojciec Wynalazca. Ale tak naprawdę Kenta marzył dla syna tylko o jednym. O tej normalności bez demonów, pentagramów i pieczęci.
     No cóż, Tanaka nie wiedział jak bardzo słowo „normalny” nie pasje do jego syna...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz