ROZDZIAŁ 2
*
Gdy się znajduje przyjaciela
Gdy się znajduje przyjaciela
To każdy dzień jest jak niedziela
Calutki rok
Gdy się znajduje przyjaciela
Słoneczny promyk z nieba strzela
Jaśnieje wzrok
I słowo słowa się nie boi
Obrus się bieli, chleb się kroi
Gdy spadnie zmierzch
Światło rozsądku mrok przewierca
I jest pogadać z kim
Od serca
Pomilczeć też
A jeśli przyjdzie w dwie przeciwne strony ruszyć
Jeśli to przyjaźń nic przyjaźni tej nie wzruszy
I z końca świata Ci napiszą SMS
Jeśli to jest prawdziwa przyjaźń
Jeśli jest
Tak zdarza się zazwyczaj, lecz pamiętać warto
Że los czasami umie zagrać czarną kartą
I choć nie wróży tego żaden gest ni znak
To już się stało
A Ty wtedy myślisz tak
Kiedy się traci przyjaciela
Deszczem zasnuwa się niedziela
Szarzeje czas
Kiedy się traci przyjaciela
Nadziei drzewko się spopiela
Co rosło w nas
I czarny smutek świat przesłania
I w sercu mnożą się pytania
Dlaczego? Jak?
Czemu tak los żartuje z nami
Czemu się gwiazdy nad głowami
Złożyły tak
Natrętnych pytań długo w noc Cię męczy szereg
Przecież przyjaciół ma się w życiu trzech lub czterech
I łatwo w skutek zimnych gwiazd obrotów złych
Spotkać samotność
Gdy przyjaciół stracisz swych
A czas przesiewa dalej piach i popatrz oto
W czasu klepsydrze nagle błyśnie szczere złoto
To nowa przyjaźń
Nowa szansa, nowy szlak
Więc chroń tę szansę i zaśpiewaj sobie tak:
Gdy się znajduje przyjaciela...
To każdy dzień jest jak niedziela
Calutki rok
Gdy się znajduje przyjaciela
Słoneczny promyk z nieba strzela
Jaśnieje wzrok
I słowo słowa się nie boi
Obrus się bieli, chleb się kroi
Gdy spadnie zmierzch
Światło rozsądku mrok przewierca
I jest pogadać z kim
Od serca
Pomilczeć też
A jeśli przyjdzie w dwie przeciwne strony ruszyć
Jeśli to przyjaźń nic przyjaźni tej nie wzruszy
I z końca świata Ci napiszą SMS
Jeśli to jest prawdziwa przyjaźń
Jeśli jest
Tak zdarza się zazwyczaj, lecz pamiętać warto
Że los czasami umie zagrać czarną kartą
I choć nie wróży tego żaden gest ni znak
To już się stało
A Ty wtedy myślisz tak
Kiedy się traci przyjaciela
Deszczem zasnuwa się niedziela
Szarzeje czas
Kiedy się traci przyjaciela
Nadziei drzewko się spopiela
Co rosło w nas
I czarny smutek świat przesłania
I w sercu mnożą się pytania
Dlaczego? Jak?
Czemu tak los żartuje z nami
Czemu się gwiazdy nad głowami
Złożyły tak
Natrętnych pytań długo w noc Cię męczy szereg
Przecież przyjaciół ma się w życiu trzech lub czterech
I łatwo w skutek zimnych gwiazd obrotów złych
Spotkać samotność
Gdy przyjaciół stracisz swych
A czas przesiewa dalej piach i popatrz oto
W czasu klepsydrze nagle błyśnie szczere złoto
To nowa przyjaźń
Nowa szansa, nowy szlak
Więc chroń tę szansę i zaśpiewaj sobie tak:
Gdy się znajduje przyjaciela...
Wiele tysiącleci temu jeden z demonów zamieszkujących piekło odważył się podnieść rękę na samego Belzebuba. Ten za karę skazał go na najokrutniejsze, co mogło spotkać demona – miłość do człowieka. Była to pierwsza klątwa jaką w ogóle rzucono. Klątwa nieszczęśliwej miłości, bo któż pokochałby demona.
Ale demony posiadały umiejętność
zmiany postaci. Często przybierały bardzo dziwne formy. Ten,
którego przeklęto zazwyczaj pojawiał się pod postacią krowy, lub
mężczyzny z głową krowy i wymionami zamiast palców. Dlatego
nosił imię Uber, co po łacinie znaczyło wymię. Ale wśród
swoich pobratymców zwany był po prostu Ubem.
Tak więc Ub został przeklęty i
wygnany na ziemię, gdzie stracił swoją nieśmiertelność i wiele
demonicznych mocy. Jedyna, jaka mu została to zmiana wyglądu.
Przybrał więc Ub postać młodego mężczyzny i zakochał się w
pięknej Lilith. Niewiasta zauroczona młodzieńcem oddała mu swe
serce i ciało.
To nie spodobało się Belzebubowi,
który porwał Lilith i uczynił swą nałożnicą, a Uba kazał
zgładzić. Jednak Lilith jak się okazało była w ciąży. Belzebub
nie mógł znieść myśli, że jego wybranka miałaby powić pomioty
Uba. Czekał tylko na rozwiązanie, żeby zabić to, co się narodzi.
A narodziły się bliźnięta. Zdrowe, dobrze zbudowane i będące w
połowie demonami. Belzebub zmienił zdanie i darował dzieciom
życie. Ale zaplanował im znacznie gorszy los. Oboje mieli trafić
na ziemię, gdzie ich przeznaczeniem miało być parzenie się z
ludźmi i płodzenie sobie podobnych istot. I do końca swych dni
mieli nie zaznać miłości drugiej istoty. Bo jedynym co przyciągało
do nich partnerów, było pożądanie.
I odesłał Belzebub Inka i Sukki, jak
nazwała je Lilith na ziemię. I rosły tam zdrowe i witalne do
czasów młodzieńczych, kiedy po raz pierwszy poczuli miłość.
Uczucie piękne i jedyne w swoim rodzaju, ale nigdy nieodwzajemnione.
Widząc to, sam Bóg postanowił
ulitować się nad potomstwem Inka i Sukki i jednocześnie zadrwić z
Belzebuba. Dzieci ich i dzieci ich dzieci miały stać się orężem
w walce z demonicznymi zastępami. Obdarzonymi niezwykłymi
umiejętnościami.
Tak przedstawiała się legenda o
kambionach, czyli Obdarzonych, jak nazywał ich Hoan. Kambioni byli
potomkami demona i człowieka. Ale tylko dwa typy demonów, w
zasadzie pół-demonów mogły płodzić dzieci. Inkuby i sukkuby,
które odziedziczyły nazwy po swoich przodkach.
Inkuby były demonami męskimi, które
współżyły z kobietami. Ich nazwa wywodziła się z łacińskiego
słowa incubatio, co oznaczało inkubację. Otrzymali je dlatego, że
kobiety, z którymi współżyły nosiły ich potomków.
Z kolei sukkuby były demonami
żeńskimi współżyjącymi z mężczyznami. Nazwa ta pochodziła od
łacińskiego succus czyli sok. Bo sukkuby przyjmowały życiodajne
soki mężczyzn.
Logicznym było nasuwające się
pytanie jak demon mógł spłodzić dziecko. Ale przecież Ink i
Sukki pochodzili od ojca, który utracił nieśmiertelność.
Niemniej wciąż był demonem, tyle że z ciałem i życiem. Dlatego
wszystkie inkuby i sukkuby były w połowie demonami. I wszystkie co
do jednego zaznały w życiu jedynie miłości cielesnej.
Trochę lepiej miały ich dzieci czyli
Obdarzeni. Ci na szczęście mieli szansę na miłość. Niestety
nosili też na sobie piętno bycia potomkiem pół-demona. A było to
piętno dziedziczone. Rodziło się z nim pierwsze dziecko i
przekazywało swojemu potomkowi tej samej płci.
Na przykład w rodzinie Hoana
Obdarzeni byli tylko mężczyźni. Sam nawet nie wiedział od ilu
pokoleń. Ale wiedział, że zarówno jego ojciec, dziad i pradziad
byli Obdarzonymi.
Zresztą o swoim pochodzeniu
dowiedział się stosunkowo niedawno, bo pięć lat temu. Krótko po
swoich dwudziestych urodzinach. Pamiętał ten dzień jakby to było
wczoraj. Wracał wieczorem z zajęć przez park. Zwykle po zmroku
wybierał inną drogę. Ale coś go podkusiło, żeby iść akurat
tamtędy.
W pewnym momencie usłyszał stłumiony
krzyk. Wysoki, z pewnością kobiecy. Dojrzał jakiś ruch w oddali.
Ktoś tarzał się po ziemi. Nie widział dokładnie, ale nie
wyglądało to dobrze. A Hoan zamiast wezwać pomoc, zadzwonić na
policję, wziął jakiś drąg leżący nieopodal i rzucił się na
napastnika. Jak kompletny idiota. Facet okazał się dwa razy większy
od chłopaka i drąg, naprawdę nie byle jaki kijek, tylko potężny
konar, złamał się na plecach tego typa jak zapałka.
W odpowiedzi napastnik odwinął się
z rykiem i trzepnął Hoana tak, że ten przeleciał kilka metrów
zanim upadł na ziemię. Ale ku zaskoczeniu chłopaka, nie poczuł
uderzenia. Za to poczuł twarde lądowanie. Kobieta wykorzystała
okazję i próbowała uciekać, ale drab znów ją dopadł.
A Hoan znów jak kretyn rzucił mu się
na szyję. Tym razem ofiara lepiej wykorzystała sytuację i umknęła
w popłochu. Zostawiając Tanakę na karku tego... karka. Świetnie,
wyniosą go z tego parku w plastikowym worku. Hoana rzecz jasna.
Ale chłopak nagle poczuł jak ktoś
chwyta go za kurtkę i ściąga na ziemię. Zaskoczony zobaczył wuja
Stefana, który okładał teraz napastnika pięściami. Co nie robiło
na nim specjalnego wrażenia.
– Na co czekasz?! – zawołał
zadając ciosy. – Gdzie masz broń?
– Co mam? – odparł zdziwiony.
– Sai, shurikeny, cokolwiek.
– Nie noszę ich ze sobą.
– Niech to szlag – zaklął Stefan
zadając mocny cios w szczękę. Niestety napastnik mu oddał i
mężczyzna wylądował nieopodal Hoana.
– Masz chociaż srebro? – spytał
gramoląc się z ziemi.
– Krzyżyk.
– Na kij się przyda... A łańcuszek?
– Też.
– No to rusz się!
Mężczyzna pobiegł zająć się
napastnikiem, żeby Hoan mógł zdjąć łańcuszek z szyi. Tylko co
niby miał z nim zrobić? Mógł sobie co najwyżej pomachać... I
właśnie to zaczął robić. Działał intuicyjnie. Owinął
łańcuszek wokół palca, aby mieć pewniejszy chwyt i zaczął nim
wymachiwać. Podbiegł do wuja w chwili, kiedy przeciwnik zamachnął
się, aby zadać cios. W tym momencie Hoan oplótł mu łańcuszek
wokół nadgarstka i pociągnął.
Mężczyzna zawył, chłopak poczuł
swąd i... po chwili facet stał bez dłoni. Po prostu odpadła.
Tanaka patrzył się oniemiały.
– Nie stój tak! – ponaglał
Stefan. – Szyję mu opleć!
Hoan znów działał jak w transie.
Rzucił się napastnikowi na plecy i oplótł szyję łańcuszkiem.
Znów ryk bólu, syk palonej skóry i po chwili srebro przecięło
skórę i pozbawiło mężczyznę głowy. Dosłownie potoczyła się
po ziemi. A Hoan zawisł na korpusie. Zrobiło mu się niedobrze.
– Dzięki Bogu – westchnął
Stefan. – Na co ty czekałeś?
– Przepraszam – powiedział słabo
Hoan. Schował się za drzewem i zwymiotował. – Co to było? –
spytał wycierając usta.
– Powiem ci w domu. Lepiej, żeby
nikt nas tu nie zobaczył.
I właśnie wtedy Hoan dowiedział
się, że jest Łowcą. Czyli kambionem, którego przeznaczeniem była
walka z demonami. A wuj Stefan był Obrońcą, taką strażą
przyboczną Łowcy. Co wyjaśniało, dlaczego zawsze był w pobliżu
i służył pomocą. Poza tym chłopak dowiedział się też, że
właśnie odesłał w niebyt swojego pierwszego elementalistę.
Wuj pokrótce wyjaśnił mu kim są
Obdarzeni, opowiedział o typach demonów i sposobie walki z nimi.
Niestety jako Obrońca nie wiedział wystarczająco dużo. Sam nie
zabijał demonów, pomagał tylko Łowcom. Zwykle odciągając uwagę
demona, aby Łowca mógł przygotować jakąś skuteczną pułapkę.
Zresztą właśnie tak poznali się z ojcem Hoana. Kenta był
Wynalazcą. Opracowywał i wykonywał broń dla Łowców.
– Musisz się jeszcze sporo
dowiedzieć – stwierdził wuj.
– Niby skąd?
– Nie dostałeś żadnej księgi?
– Po dziadku. Ale jest zamknięta.
Możesz ją otworzyć?
– Pieczęć?
– Tak. Zalakowana.
– Niestety nie pomogę. Potrzebujesz
kogoś, kto łamie pieczęcie. A ja nikogo takiego nie znam.
– To są jeszcze inni?
Okazało się, że Obdarzeni
sprawowali różne funkcje. Byli Łowcy jak Hoan, którzy zabijali
demony, byli tacy jak Stefan, którzy pomagali w walce. Ale byli też
tacy, którzy spisywali księgi i zakładali pieczęcie, oraz tacy,
którzy te pieczęcie łamali i przekazywali wiedzę zawartą w
księgach. I właśnie kogoś takiego potrzebował Hoan.
– Gdzie go znaleźć?
– Na pewno nie w książce
telefonicznej – wuj się zaśmiał. – Coś ci powiem. Kiedy
spotkasz kogoś takiego, jak my, na pewno to wyczujesz prędzej czy
później. To zawsze tak działa, bo łączy nas więź wspólnego
przodka. Tak samo jak zawsze wyczujesz demona, bo jesteś potomkiem
jednego z nich.
Świadomość tego, że jego
praprzodkiem był jakiś demon, nawet jeśli tylko w połowie, nie
bardzo Hoana satysfakcjonowała. Ale w końcu rodziny się nie
wybiera...
– Nic nie wyczułem. Po prostu coś
mnie podkusiło, żeby iść przez park.
– Niektórzy to nazywają intuicją –
mrugnął wuj. – Jakkolwiek to nazwiesz jest to coś co podpowiada
nam, że mamy do czynienia z demonem. Z czasem nauczysz się je
rozpoznawać. Oby jak najszybciej... Nic cię nie boli? Nieźle ci
przywalił.
– Nie – odparł chłopak. –
Dziwne.
– Twój dziadek też tak miał.
Wuj opowiedział mu, że ojciec Kenty,
który też był Łowcą, nigdy nie czuł bólu walcząc z demonem.
Nawet kiedy odnosił rany. Poza tym mimo, że był dość mikry,
podczas walki zyskiwał siłę i wytrzymałość ninja. Niestety
ojciec Hoana i Stefan nie mieli tak łatwo. Obrońcy musieli ciężko
pracować, żeby móc wywiązywać się z powinności. Jedyne czego
nie musieli się uczyć to posługiwanie się bronią. Niezależnie
czy dostawali do ręki miecz, łuk czy bat, opanowywali umiejętność
posługiwania się nimi niemal błyskawicznie. Poza tym w razie
potrzeby znaleźliby zabójcze zastosowanie nawet dla zapałki. Więc
jednak było coś, czego wuj mógł Hoana nauczyć.
I tak od sześciu lat Tanaka uczył
się swojego nowego fachu. Głównie metodą prób i błędów, bo do
tej pory poza wujem Stefanem nie spotkał innego Obdarzonego.
Oczywiście był jeszcze tata, ale z Japonii niewielu lekcji mógł
mu udzielić. Poza tym był Wynalazcą, więc wiedział mniej więcej
tyle co Stefan.
Ale to od ojca Hoan dowiedział się,
czemu tak bardzo jego charakter odpowiada opisowi znaku Zająca w
żywiole Ziemi, a prawie nic wspólnego nie ma z Ognistym Zającem.
Co prawda Kenta nie był świadomy, że wyjaśnia to synowi, bo po
prostu opowiedział mu historię ich rodu. To Hoan sam wyciągnął
odpowiednie wnioski.
Jak już wiedział, bycie Obdarzonym
było dziedziczne. Ale jeśli zagłębić się w szczegóły,
okazywało się, że dziedziczyło się konkretną profesję.
Zależnie od tego kim był pierwszy Obdarzony w rodzie. W przypadku
Tanaków był Łowcą urodzonym w znaku Zająca. Notabene Zająca w
żywiole Ziemi. W całej historii rodziny Hoana było dosłownie
kilka „przeskoków”, kiedy mężczyzna nie był Łowcą. Albo
kiedy na świat jako pierwsza przychodziła dziewczynka, albo kiedy
chłopiec nie rodził się w roku Zająca. Tak jak jego ojciec, który
był Ognistym Wężem i jako pierwszy Wąż z rodu Tanaków został
Wynalazcą. Był to zresztą świadomy wybór dziadka Hoana, który
liczył, że syn urodzony w innym roku niż rok Zająca nie będzie
nosił na sobie brzemienia. Ale to niestety tak nie działało.
Z braku nauczyciela, Hoan wiele na
temat walki z demonami musiał odkrywać sam. Począwszy od tego, że
nie działa na nie krucyfiks, ale przydaje się pentagram. Że demony
dzielą się na cielesne, które nazywał elementalistami i
bezcielesne, czyli sferowców. Sporo informacji dostarczały mu
książki babci, poświęcone ezoteryce, magii i symbolom. A miał
tego sporo, bo pani Teresa na emeryturze postanowiła zgłębiać
„wiedzę tajemną” i wróżyć sąsiadkom z kart, czy wyrysowywać
i interpretować horoskopy. Dlatego tak bardzo dziwiła się, że w
przypadku Hoana interpretacja jest właściwie słownikowa.
Przynajmniej jeśli chodziło o cechy charakteru. Zresztą babcia
starała się nie wróżyć rodzinie, ani interpretować ich
horoskopów. Głównie przez mamę Hoana, która to potępiała.
Ciekawe czy wiedziała czym zajmuje się jej mąż...
W jednej z książek chłopak znalazł
opis pentagramu jako symbolu magicznego. To z niej dowiedział się,
że pięć ramion symbolizuje pięć żywiołów: wodę, ogień,
metal, ziemię, powietrze oraz pięć „światów” - fizyczny,
astralny, mentalny, duchowy i eteryczny. Czyli de facto miał związek
z każdym typem demonów, jaki istniał na świecie i dlatego demony
zamykało się w pentagramie.
O zastosowaniu luster dowiedział się
przypadkiem, kiedy ścigał jakiegoś opętanego mężczyznę po
zamkniętym lunaparku. Traf chciał, że ofiara weszła akurat do
gabinetu krzywych zwierciadeł. Chociaż dla demona było bez
znaczenia, czy lustro było proste czy krzywe. Hoan zakradł się,
narysował pentagram i zaczaił. W odpowiedniej chwili chlusnął w
mężczyznę wodą święconą. I demon, owszem opuścił ciało, ale
natychmiast wszedł w jedno z luster. A jako, że zwierciadła
odbijały się wzajemnie, zaczął skakać z jednego do drugiego.
Hoan musiał tłuc je wszystkie po kolei aż w końcu demon wylądował
w pentagramie.
A gliniane pieczęcie? No cóż, to
też było niechcący. Jeden z jego pierwszych demonów i pierwszy
sferowiec. Demon wylądował w pentagramie, a jego pieczęć pod
nogami Hoana. Chłopak po prostu przypadkiem na nią nadepnął...
Ale w sumie czy to ważne jak? Ważne, że przyniosło efekt.
Tak oto od trzech lat wyglądało
życie Hoana. Walka z demonami. Właściwie to jego życie wyglądało
tak odkąd się dowiedział, że jest Łowcą. Jedynie w czasie
choroby babci starał się ograniczać „zawodowo”. Ale tego się
nie dało ograniczyć. Kiedy wyczuł demona, instynkt kazał zrobić
wszystko, aby się go pozbyć. Nieważne, że był środek nocy i
wracał do domu nad ranem, albo o świcie, biegnąc po drodze do
sklepu, bo musiał jakoś wyjaśnić opiekunce, czemu przyszła i
pocałowała klamkę.
Jedynym pocieszeniem dla Hoana było
to, że walki z demonami nie przerywały żadne dolegliwości. Bo
podczas walki nic nie czuł, nie myślał o niczym innym, tylko o
wyeliminowaniu celu. W zasadzie była to jakaś odskocznia od
codzienności. Chociaż wiele razy marzyło mu się, żeby ktoś
zdjął z niego to piętno i, żeby te cholerne demony dały mu
święty spokój.
A może to wcale nie o te demony mu
chodziło. Może tak naprawdę to swoje wewnętrzne demony chciał
zgładzić. Ale na nie nie działały ani srebro, ani woda święcona,
ani nawet modlitwa. Czasy kiedy Hoan jeszcze próbował się modlić
minęły trzy lata temu, po śmierci babci. Bo nie miał już o co
się modlić. Chociaż i tak nawet jak się modlił, to bez większego
przekonania. Nie wierzył w cuda i uzdrowienia. A może nie wierzył,
że to właśnie jego modlitwy zostaną wysłuchane. Bo należy do
grona wyklętych, którzy nie zasłużyli na łaskę Boską...
Tak czy inaczej po kilku latach
codziennych modlitw i próśb, po śmierci babci, Hoan sobie
odpuścił. Zresztą nigdy nie był szczególnie religijny. Po
prostu nie dana mu była łaska wiary. Z jednej strony zazdrościł
ludziom głęboko wierzącym ich wiary i oddania. Z drugiej... Gdyby
miało się to wiązać z wyzbyciem się jego poglądów, przekonań,
wszystkiego tego, co czyniło go nim... Chyba by nie poszedł na taką
zamianę.
No cóż, musiała mu wystarczyć
walka z demonami. Właściwie dzięki niej przynajmniej czasem bywał
w jakimś kościele. Jak w Zamościu. Spojrzał jeszcze raz na
artykuł udostępniony przez Pawła. Jaki ten świat mały. Ciekawe,
czy jego nowy kolega był w tłumie gapiów, może w innych
okolicznościach by się spotkali. Ale gdziekolwiek Hoan jechał, nie
zabawiał długo. Bo nie robił tego, żeby sobie urządzać
spotkania. Nie miał na to ani czasu, ani ochoty. Zwykle marzył o
jak najszybszym załatwieniu sprawy i powrocie do domu. Do swojej
bezpiecznej strefy.
Przeciągnął się i rozmasował
kark. Jutro nie będzie w stanie podnieść się z łóżka. A będzie
musiał i to rano, żeby zdążyć przed największym tłumem. Póki
co podniósł się z fotela i poszedł po herbatę. czekając aż
zagotuje się woda, sprawdził czy ma wszystko przygotowane. Torba
stała już spakowana, kurtka wisiała w szafie. Właśnie, kurtka.
Ta, w której był w Zamościu nadaje się tylko do wyrzucenia.
Będzie musiał kupić jakąś nową za parę złotych. Na ciuchy do
pracy nie było sensu wydawać więcej.
Wrócił przed komputer. Paweł
udostępnił jakiś kolejny artykuł. Tym razem bez bezgłowych
korpusów. Ale ten jeszcze bardziej zaintrygował Hoana. Przeczytał
go, coraz bardziej otwierając oczy ze zdumienia. Właściwie to
zabrakło mu tchu. W końcu odetchnął i „wyłamał” palce.
Wyprostował się i zawiesił ręce nad klawiaturą. Był w swoim
żywiole. W końcu nadarzyła się okazja do ciekawej rozmowy. A nic
tak nie wciągało jak dyskusja. Nawet demony.
Hoan jeszcze raz dokładnie przeczytał
cały artykuł. Angielskiego używał ostatnio głównie w grach, ale
mimo wszystko nie zardzewiał na tyle, żeby chłopak źle zrozumiał
treść. A w tekście wyraźnie stało, że w jednym ze stanów w USA
przywrócono prawo, które zrównywało „akty homoseksualne” z
aktami pedofilii. Opierało się to na jakimś zamierzchłym
przekonaniu, że geje to nawet nie potencjalni pedofile, tylko
pedofile udający, że pociągają ich dorosłe osoby. Inaczej mówiąc
homoseksualizm był niczym innym jak pedofilską przykrywką. Był w
niemałym szoku, zresztą tak samo jak inne osoby, które zdążyły
się wpisać pod postem Pawła.
Paweł Ambroziak
Czy oni tam totalnie pogłupieli???
Albo ja niewystarczająco znam angielski.
Nie znasz go raczej gorzej ode mnie, a ja zrozumiałem to samo – pomyślał Tanaka.
Hoan Tanaka
To Ameryka, oni tam już dawno
totalnie pogłupieli. Teraz tylko ich głupota osiąga nowe stadia
ewolucji.
Paweł Ambroziak
Teraz to tylko czekać aż to się
rozprzestrzeni. I to w USA! Kraju wolności I w ogóle. Świat się
kończy.
No cóż, nie od dzisiaj i nie tylko
tam dla wielu ludzi, pedofil znaczy to samo co „pedał” –
prychnął w myślach.
Hoan Tanaka
Paweł – i tak dla sporej części
ludzi gej to potencjalny pedofil. I ci ludzie nie potrzebowali do
tego poglądu żadnego amerykańskiego prawa czy to naturalnego, czy stanowionego.
Paweł Ambroziak
Wystarczy pomyśleć! Przecież
pedofilia jest zarówno homoseksualna i heteroseksualna. To
oczywiste, że jest zaburzeniem niezależnym od orientacji
seksualnej. To co, trzeba przecież założyć, że heteroseksualizm
jest przykrywką dla pedofilii heteroseksualnej. Ale tego nie można przecież założyć, bo w końcu ze związków heteroseksualnych rodzą się dzieci, więc wszystko w porządku. A ci faceci, którzy
molestują i gwałcą własne córki to pewnie geje z zaburzeniem,
dlatego biorą się za dziewczynki, a nie za chłopców. To. Jest. Jakaś. Paranoja!
A od kiedy to ludziom dobrze wychodzi
myślenie? Poza tym...
Hoan Tanaka
Ale przez szereg lat homoseksualizm
także był uznawany za zaburzenie psychiczne, a dla niektórych nim
pozostaje do dzisiaj. A pedofile fakt, iż homoseksualizm został
uznany za orientację wykorzystali jako pretekst do walki o „swoje
prawa”.Tyle tylko, że nie trzeba być geniuszem, aby dojść do
wniosku, że w przypadku homo- czy heteroseksualistów mowa jest o
zbliżeniu dwójki dorosłych ludzi, świadomych i do niczego nie
przymuszanych. I to jest jakieś minimum kategoryzacyjne. Bo jeśli
uznamy, że każdy popęd czy nawet fetysz, który odbiega od jakiejś
normy powinno się karać to czeka nas mnóstwo absurdalnego prawa. A
zacząć można od oskarżania ludzi uprawiających seks analny o
ukryte skłonności homoseksualne, a zgodnie z tym prawym co za tym
idzie o pedofilskie. Zgadzam się, że to absurd. Kiedyś Kościół
walczył z czarownicami, teraz czarownic nie ma, trzeba nowego wroga
społeczeństwa. Szkoda tylko, że może się oberwać Bogu ducha
winnym ludziom, którzy i tak już nie mają łatwo.
No, wyrzucił z siebie co myśli na
ten temat. Choć nie bez lekkiego zaskoczenia. Zwykle nie
uczestniczył w takich dyskusjach. Zwłaszcza z osobami, których nie
znał. Właściwie o poglądach dyskutował tylko z Anką. Może
dlatego, że mieli niemal identyczne.
Ale odkąd wstąpił do jednej z grup
o tematyce ezoteryczno-magicznej, częściej zabierał głos. Co
prawda w tematach dla niektórych błahych, niepoważnych, ale cóż
to czasem były za dyskusje... Zwykle musiał tłumaczyć co miał na
myśli, bo niektórzy rozmówcy najwyraźniej nie rozumieli, o co mu
chodzi i czasami dochodziło do spięć. Ale co mógł poradzić na
to, że niektóre domorosłe wróżki nie odróżniały medium coeli
od średniej coli, a napalone nastolatki szukały przepisu na eliksir
miłosny. Cierpliwość i wyrozumiałość też miała swoje granice,
na litość boską. Ale na szczęście byli też tacy, dla których
zrozumienie słów Hoana nie stanowiło problemu.
I w tej właśnie grupie Tanaka poznał
Pawła. Chociaż to za dużo powiedziane, bo jakiś sporadyczny wpis
Ambroziaka mignął mu tylko w gąszczu postów. Aż do dnia, w
którym Paweł po kłótni z administratorką opuścił grupę. A
Hoan zdążył go dodać do znajomych kilkanaście minut wcześniej.
I tak naprawdę do teraz zdążyli wymienić kilka zdań. Ale te
kilka zdań wystarczyło, żeby Paweł zrobił na nim dobre wrażenie
rozsądnego faceta. A Hoan lubił rozmawiać z rozsądnymi ludźmi. Z
mniej rozsądnymi lubił się tylko czasem kłócić...
Temat zdawał się wyczerpać, więc
Hoan wrócił do surfowania z przerwą na herbatę. Przed rozmową z
mamą zdążył jeszcze sprawdzić pocztę. Elżbieta zawsze dzwoniła
dzień przed Wszystkimi Świętymi, bo bardzo żałowała, że nie
może być wtedy w Polsce. Doskwierało jej to zwłaszcza po śmierci
pani Teresy.
– Cześć mamo – rzucił do
mikrofonu, zanim jeszcze nałożył słuchawki. Ledwie zdążył
odebrać. Matka zadzwoniła bardzo wcześnie. W Japonii nie było
jeszcze nawet szóstej rano.
– Cześć kochanie – kobieta
brzmiała na podekscytowaną i przejętą. Trochę inaczej niż
zwykle. – Już gotowy na jutro?
– Od dawna – odparł zgodnie z
prawdą. Przygotował się jeszcze przed wyjazdem do Zamościa. – A
co u was, jak się miewacie?
– Miałam ci tego nie mówić przed
wyjazdem, ale nie mogę wytrzymać – kobieta trochę się
rozćwierkała. – Przeprowadzamy się.
– Och – Hoan faktycznie był nieco
zaskoczony. Jego rodzice od przeszło dwudziestu sześciu lat
mieszkali w tym samym domu. Skąd taka decyzja? – Nowa ulica, nowa
dzielnica, czy nowa... stolica? – zażartował.
– Byłeś blisko – zaśmiała się.
– Przeprowadzamy się... do Polski.
Cholera jasna! Dobrze, że nie miał
kamery, bo matka mogłaby pomyśleć,.. no cóż, że go zemdliło. Co
ich podkusiło, żeby po tylu latach wracać do Polski?
– Hoan, jesteś tam?
– T...tak. Po prostu... jestem
zaskoczony. Zajebiście zaskoczony...Skąd taka decyzja?
– Nie cieszysz się? – kobieta
wyraźnie się zmartwiła.
– Oczywiście, że się cieszę –
odparł nie do końca zgodnie z prawdą. – Tylko to... dość
niespodziewane. Jak śnieg w lipcu. Na Saharze...
– Tata dostał propozycję pracy w
ambasadzie japońskiej w Warszawie – wyjaśniła. – Cudownie.
– Rzeczywiście... To kiedy
przyjeżdżacie?
– Święta spędzimy już w nowym
domu – kobieta brzmiała jakby właśnie wygrała w totka. Za to
Hoan wyglądał i czuł się, jakby ktoś właśnie mu podarł jego
kupon z wygranymi liczbami.
– Ach... czyli wiosna. Świetnie –
miał nadzieję, że brzmiał wiarygodnie.
– Hoan, na TE Święta – poprawiła
go chichocząc. – Na Boże Narodzenie.
W filmach jest czasem taka scena
zbliżenia na twarz aktora, na jego oczy, a tło nagle odjeżdża.
Właśnie tak czuł się teraz Hoan. Jakby otaczający go świat
pędem się od niego odsuwał, zostawiając w jakiejś pustce.
– WOW – oprzytomniał w końcu. –
To... (wariactwo)... fantastycznie. Ale gdzie będziecie mieszkać?
Co z domem w Japonii? Dokumenty, sprawy urzędowe, cała reszta...
– To miłe, że się martwisz, ale
niepotrzebnie. Na dom w Japonii mamy już kupca. Wuj Stefan znalazł
nam ładny domek na przedmieściach, niestety po drugiej stronie
miasta. Co prawda trzeba go trochę odremontować, chciałabym
otwartą kuchnię, oddzielną toaletę, nie łączoną, garderobę...
ale nie będę cię zanudzać babskimi sprawami. W każdym razie
przyjedziemy w grudniu i dopełnimy formalności. A od Nowego Roku
tata zaczyna pracę.
– A ty? – spytał, po czym się
zreflektował i szybko dodał – mamo?
– Ja mam zająć się nadzorowaniem
remontu. Po sprzedaży naszego domu i kupnie nowego jeszcze trochę
zostanie na drobne przeróbki.
Hoan już widział te „drobne
przeróbki”. Otwarcie kuchni, wydzielenie toalety i garderoby. O
ile to w ogóle będzie możliwe, wymagać będzie sporych nakładów.
I będzie wielki bałagan.
Matka podesłała mu link z ofertą
domu. Oznaczonego już jako sprzedany. Nieduży, ale piętrowy,
wolnostojący, na otwartym osiedlu gdzieś w Raszynie. Gdzie to w
ogóle jest? Ach, to tam są te mega korki. Czasem je pokazują w
telewizji. Chłopak rzucił okiem na wnętrza. No proszę, był nawet
kominek. No tak, jego mamie zawsze się marzył. Poza tym jadalnia i
salonik telewizyjny. Nie taki znowu mały ten dom. Środek wyglądał
zachęcająco. Hoan już widział miejsce dla garderoby i dzielonej
łazienki przy głównej sypialni. Wystarczy tylko przerobić jeden
mały pokój i... położyć rury. Jak to mawiał Andrzej z sarkazmem
w podobnych sytuacjach – rewelacja...
Jego uwagę odciągnęła matka,
która zaczęła opowiadać, że stare meble, poza kilkoma antykami,
wystawili do komisu znajomego Kenty. Po koleżeńsku nie wziął
prowizji i całą kwotę miał zwrócić rodzicom. W Polsce Hoan
byłby bardziej ostrożny i spodziewałby się, że kolega jednak
swoje zarobi. Ale może w Japonii ludzie są bardziej bezinteresowni.
Kiedy w końcu skończył rozmowę z
matką, westchnął i oparł głowę na rękach. Co tu się wyrabiało
do cholery? Po co im ta przeprowadzka...
No dobra, powinien się cieszyć. W
końcu widywał rodziców raz do roku. I cieszył się za każdym
razem kiedy przyjeżdżali, bo bardzo za nimi tęsknił. Ale...
jeszcze bardziej się cieszył, kiedy wyjeżdżali...
To nie tak, że był niewdzięcznym
wyrodnym synem. Kochał rodziców, ale znał też swoją matkę. Za
każdym razem, kiedy przyjeżdżała, pytała go o narzeczoną. A
teraz będzie to mogła robić codziennie lub, co gorsza, próbować
go swatać. Już raz próbowała. W zeszłym roku w desperacji
zaprosił jako osobę towarzyszącą na wesele kuzyna Ankę. To
znaczy, w desperacji, że w ogóle miał na to wesele iść, a nie,
że z Anką. To mu akurat bardzo odpowiadało, bo mogli gdzieś się
ulotnić i pogadać. Całe szczęście, że dziewczyna tańczyła
równie niechętnie, co on.
Ale kiedy już znaleźli się na
parkiecie, matka Hoana obfotografowała ich ze wszystkich stron. Na
szczęście była tak uzdolniona technicznie, że niechcący udało
jej się usunąć z pamięci aparatu wszystkie zdjęcia. Chociaż
może trochę szkoda, bo miałby w końcu zdjęcie, które mógłby
wsadzić do ramki. Z kolei przy stole co pięć minut zachwycała
się, jaka ładna z nich para. Dobrze, że Anka była wyrozumiała,
bo na jej miejscu wbiłby swojej matce widelec w oko. Zresztą na
swoim miejscu też go korciło...
Kiedy miesiąc później rozmawiał z
Elżbietą i spytała go o Anię, a dokładniej czemu się koło niej
nie zakręci, nie wytrzymał i skłamał, że przeprowadziła się do
narzeczonego. Co w zasadzie nie było dalekie od prawdy. Różnica
była tylko taka, że nie DO, a OD i wyprowadziła. I nie
narzeczonego, a ledwie chłopaka. Po trzech miesiącach znajomości i
miesiącu wspólnego mieszkania zresztą. No cóż, Anka nie wierzyła
w docieranie się. Stąd jej i tak nieliczne związki trwały
wyjątkowo krótko, a ten ostatni był najpoważniejszy i najdłuższy.
Poza tym Daniel jak się okazało dość chętnie ocierał się o
bary... Dobrze, że sama go rzuciła, bo jeszcze tydzień i Hoan sam
kazałby jej to zrobić. Właśnie, Anka!
Hoan
Tanaka
Jesteś?
Jesteś?
Anka Jakubowska
Hej :)
Jak zawsze niezawodna – uśmiechnął
się.
Hoan Tanaka
Zgadnij kto przyjedzie na Święta ;>
Anka Jakubowska
Rodzice? o.O Jak zwykle xP
Hoan Tanaka
Zgadza się. Zgadnij kto nie wyjedzie
po Świętach...
Anka Jakubowska
o.O :-|
Emotikona wyrażająca zdziwienie była
jak najbardziej na miejscu. Dziewczyna doskonale wiedziała, że
rodzice Hoana zawsze wracali do Japonii przed Sylwestrem.
Hoan Tanaka
No i nie zgadniesz, kto nie wyjedzie
nawet po Nowym Roku.
Anka jakubowska
OMG. A co m się stało?
Też bym chciał wiedzieć...
Hoan Tanaka
Och, nic... postanowili tylko tutaj
zamieszkać.
Anka Jakubowska
COOOOO??????
Chłopak opisał jej pokrótce rozmowę
z matką. Anka wiedziała jakie mieli relacje, więc była w stanie
zrozumieć jego obawy i niepewność. Zwłaszcza, że oficjalnie Hoan
radził sobie w życiu znacznie lepiej niż było w rzeczywistości.
Anka Jakubowska
I co zrobisz?
Hoan Tanaka
Jak to co? Wyprowadzę się do
Japonii...
Anka Jakubowska
xD Tylko nie zapomnij spakować mnie
ze sobą ;)
Hoana Tanaka
Jasne :D A poważnie, to włączę się
w projektowanie mieszkania, bo mama najchętniej wszystko urządziłaby
w pastelowe lata pięćdziesiąte. Muszę ratować ojca...
Anka Jakubowska
Haha. No fakt, biuro w odcieniu
lawendy i mięty mogłoby wyglądać kiepsko. A to nie biorą
jakiegoś projektanta?
Hoan Tanaka
Tylko do przebudowy i kuchni, bo chcą
zabudowę na wymiar. A reszta to wuj Stefan, ojciec i specyficzny
zmysł artystyczny mamy.
Anka Jakubowska
To powodzenia ;) Twoja mama to chyba
Panna? One są ponoć uparte :D
Hoan Tanaka
W mojej rodzinie nie ma nikogo
bardziej upartego ode mnie... Poza tym mamie podobało się moje
mieszkanie, więc może mi zaufa.
Anka Jakubowska
Oby xD
Hoan Tanaka
Lecimy spać, bo jutro nie wstanę. A
muszę rano. Dobranoc :*
Anka Jakubowska
Papapa :*
Po wyjściu z łazienki ułożył się
przed telewizorem. Pomyślał, że musi pogadać z wujem Stefanem i
zdobyć plany tego domu. Trochę się bał takiej przestrzeni, to
jednak nie to samo co mieszkanie, poza tym ta otwarta kuchnia... Ale
nic, widział zdjęcia, zobaczy jeszcze co zastanie na miejscu. Może
wcale się nie da tej kuchni otworzyć na salon. Osobiście uważał,
że takie rozwiązanie sprawdziłoby się tylko w jego domu, bo nikt
by tam nie gotował, więc nie byłoby problemu z zapachami
unoszącymi się w całym domu.
Poza tym musiał jeszcze przekonać do
swoich koncepcji mamę. O ojca się nie martwił, jemu potrzebny był
gabinet, łóżko, wygodny fotel i telewizor. I już pełnia
szczęścia. Wytwarzaniem broni mógł zająć się w garażu, albo
piwnicy jeśli jakaś tam jest. Ale mama to w końcu kobieta. Będzie
patrzeć na wygląd i funkcjonalność. Ważna kuchnia, ważna
łazienka, ważna garderoba, ważna sypialnia. Ba, nawet ogród
ważny. Chociaż do tego akurat Hoan nie miał zamiaru się wtrącać.
Z korzyścią dla roślin zresztą.
W sumie może dobrze się złożyło.
Będzie mógł się czymś zająć, w końcu tak naprawdę poznać
rodziców. Kiedy zdecydowali się oddać go pod opiekę babci, ojciec
miał nadzieję, że w Polsce nie odezwie się piętno Obdarzonego.
Że bez „czynnika aktywującego” Hoan będzie normalnym
człowiekiem. A Kenta pamiętał, że gdy w Japonii demony spotykał
niemal codziennie, w Polsce natrafił na jednego. I zaraz pojawił
się jakiś Łowca i go zgładził. Więc nawet jeśli w Hoanie
obudziłby się kambion, to znajdzie tu lepszego nauczyciela niż
ojciec Wynalazca. Ale tak naprawdę Kenta marzył dla syna tylko o
jednym. O tej normalności bez demonów, pentagramów i pieczęci.
No cóż, Tanaka nie wiedział jak
bardzo słowo „normalny” nie pasje do jego syna...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz