piątek, 23 stycznia 2015

Rozdział 3

ROZDZIAŁ 3
*
Prolog z Demonami


Mam jedno oko zielone
A drugie oko niebieskie
Patrzę na drogę, którą nadchodzą
Demony co nie śpią jeszcze
Mam jedno oko zielone
A drugie oko niebieskie
Patrzę na drogę, którą nadchodzą
Demony co nie śpią jeszcze

A demon pierwszy to spokój
Za cenę służenia przemocy
A demon drugi to strach
Co błądzi we dnie i w nocy
A demon trzeci to szczęście
Uszczęśliwiane na siłę
A demon czwarty milczenie
Ostatni przed snem posiłek

Mam jedno oko zielone
A drugie oko niebieskie
Patrzę na drogę, którą nadchodzą
Demony co nie śpią jeszcze
Mam jedno oko zielone
A drugie oko niebieskie
Patrzę na drogę, którą nadchodzą
Demony co nie śpią jeszcze

A demon piąty to miłość
Której zabrakło wiary
A demon szósty to obłęd
Ucieczka łotrów od kary
A demon siódmy odwaga
Co tańsza bywa od wódki
A demon ósmy wydzwania
Noc długą i dzień za krótki

Mam jedno oko zielone
A drugie oko niebieskie
Patrzę na drogę, którą nadchodzą
Demony co nie śpią jeszcze
Mam jedno oko zielone
A drugie oko niebieskie
Patrzę na drogę, którą nadchodzą
Demony co nie śpią jeszcze





     Budzik zadzwonił o siódmej, ale już od dobrej godziny Hoan przekręcał się z boku na bok, próbując nieco na siłę dospać do wyznaczonej pory. A kiedy w końcu wstał, okazało się, że jest śnięty. Zastanowił się chwilę. Powinien wyrobić się przed dziewiątą. W końcu niewiele miał do zrobienia przed wyjściem.
     Kąpiel nieco go orzeźwiła chociaż nie odegnała senności do końca. Może dlatego, że zdecydował się na ciepłą wodę, ale tak właśnie lubił – ciepłe i długie kąpiele. Gdy w końcu uznał, że czas kończyć, okazało się, że minęło pół godziny. Przetarł lustro i spojrzał w zarośnięte oblicze. Wypadałoby się ogolić, przecież szedł między ludzi, a zarost zrobił się przydługi. Ba, nie był już zarostem, a regularną brodą. I choć nie lubił się golić, to jednak sięgnął po golarkę. Od kiedy pierwszy raz użył ręcznej maszynki, wiedział, że nie polubi golenia. I wiedział jeszcze jedno. Nigdy więcej ręcznych maszynek, tylko golarka elektryczna.
     Kiedy skończył, wklepał balsam i przyjrzał się odbiciu. Nie było źle, ale już nie mógł się doczekać chociaż kilkudniowego zarostu. Widział w życiu kilku mężczyzn przed i po pozbyciu się zarostu i wniosek był jeden: przystojnemu facetowi zarost nigdy nie zaszkodzi, a brzydkiemu niemal zawsze pomoże. Prawie jak jemu.
     Podszedł do szafy. Oczywiście akurat ubrania wcześniej nie przygotował, czego teraz żałował. Odruchowo sięgnął po parę wyjściowych dżinsów. Ale zatrzymał się z wyciągnięta ręką i zerknął w stronę czarnego worka. Skrzywił się, bo nie lubił garnituru, ani nawet spodni w kant. Chociaż może by wypadało. Niby zwykle miał gdzieś, jak wypada się ubrać na Wszystkich Świętych. Od pasa w górę mógł być elegancki, ale spodnie powinny być wygodne. Ale babcia zawsze lubiła go w garniturze... A przymierzyć nie zaszkodzi.
     Oczywiście spodnie nie weszły. I to po roku! W zeszłe lato kupił ten garnitur na wesele, bo ten, który nabył na pogrzeb babci był za szczupły. Może i dobrze, bo ten sam garnitur na pogrzeb i na wesele, jeśli nawet nie był złym omenem, to przynajmniej sprawiał, że dziwnie by się czuł. Problem tylko w tym, że przybierając na wadze w takim tempie, wkrótce będzie musiał wymienić całą garderobę. A naprawdę lubił te ubrania. Tylko czy bardziej niż colę i słodycze...
     Westchnął i odwiesił garnitur. Jedynym plusem jego nerwicy była waga, która praktycznie „regulowała się sama”. Chociaż nikomu nie polecał podobnej metody na zgubienie kilogramów. Ale mimo, że sam uważał, że był wtedy za szczupły, to jednak wolał słyszeć „Boże, jakiś ty chudy”, niż „o, dobrze wyglądasz, poprawiłeś się”, bo od razu czuł, że powinien odkurzyć wagę. Włożył dżinsy. Były... dobrze dopasowane.
     Dobrał do nich czarną prążkowaną koszulę i wizytowe buty. Były mało wygodne, ale eleganckie i pasowały zarówno do garnituru, jak i do dżinsów. Wyjął z pokrowca czarną materiałową kurtkę, którą kupił przed pogrzebem babci. Wydał na nią trzy stówy, co w jego mniemaniu było prawdziwą rozrzutnością. Przynajmniej jeśli chodziło o ubrania. Ale nie żałował. Czarna, dwurzędowa, z pagonami i dopinanym golfem na chłodniejsze dni, takie jak ten. Ale zrezygnował z golfa. Zanim dojedzie na cmentarz, zdąży się zgrzać, mimo że to dość blisko. Poza tym nie po to zakładał tę koszulę, żeby ją zakrywać. Może nie był mocno odstawiony, ale i tak nie po to się starał, żeby nie było tego widać. Jego lekka próżność dała o sobie znać.
     Spojrzał na zegarek i uśmiechnął się do siebie. Za pięć dziewiąta, jak zawsze punktualny. Portfel jest, klucze są, komórka jest, torba ze zniczami gotowa. Jeszcze tylko słuchawki w uszy i mógł wyruszać. Na zadumę będzie czas na cmentarzu, a po drodze musiał chociaż trochę zagłuszyć odgłosy drogi dojazdowej do cmentarza. I rozmowy ludzi w autobusie. Poza tym zawsze wszędzie chodził słuchając muzyki. Słuchawki zdejmował tylko do walki, bo przeszkadzały.
– Dzień dobry – usłyszał za sobą zamykając drzwi. Odwrócił się i zobaczył swoją młodą sąsiadkę z jakimś chłopakiem. Nieco starszym od niej, wysokim i z burzą rudych włosów. Hoan natychmiast to poczuł, demon! Odruchowo sięgnął do pasa, ale...
– Dzień dobry – odpowiedział dziewczynie, ale patrząc w oczy chłopakowi. To nie do końca był demon. To inkub. Facet popatrzył na Hoana, jakby... ze zrozumieniem.
     Zeszli po schodach, a Tanaka wrócił na chwilę do domu. Ta dwójka tworzyła ładna parę. Szkoda, że się nawzajem unieszczęśliwią. Takie związki nigdy nie kończą się dobrze i długo nie trwają. Hoan spotkał się z teorią, że po trzech latach związku ostatecznie okazuje się, czy ludzie stworzą coś trwałego i udanego. Bo tyle potrzeba, aby poznać swoje wady i zalety, zaakceptować je lub wypracować kompromisy. I właśnie tyle trwały najdłuższe związki niektórych inkubów, czy sukkubów, które spotkał. I można powiedzieć, ze byli to długodystansowcy. Zwykle te relacje trwały nie dłużej niż miesiąc, najczęściej kończyły się po tygodniu.
     Kiedyś jeden nieświadomy swego pochodzenia inkub zwierzył mu się, że trwał w związku na siłę, nie czując się kochanym. Bo wierzył, że widząc jego miłość, kobieta go pokocha. Był zdolny do wyrzeczeń, wiele wybaczał. Ale oczywiście nic z tego nie wyszło. Ona odeszła, a on cierpiał aż do momentu, kiedy znów się zakochał. I schemat się powtórzył. Bo z jego strony doszedł jeszcze lęk przed samotnością, po kilku, może nawet kilkunastu nieudanych związkach po prostu chciałoby się stabilizacji i w końcu wzajemności. Hoan nie powiedział mu, że każdy jego związek będzie skazany na porażkę, bo miał w pamięci historię, którą opowiedział mu wuj Stefan.
     Też zetknął się z jakimś inkubem. Tuż po jego rozstaniu, rozpaczającym. Tylko, że Obrońca wykazał się niskim poziomem subtelności. Powiedział wprost, że inkuby nie mają szans na miłość. Potem zobaczył tego faceta na autostradzie. Leżącego na masce samochodu, twarzą w dół. Skoczył z wiaduktu. Hoan wzdrygnął się na to wspomnienie. Nie zawsze najgorsza prawda jest lepsza niż kłamstwo. Wyjął z szuflady jedno sai i pięć shurikenów. Tak na wszelki wypadek.
Dzień był słoneczny i dość ciepły. Złota polska jesień w pełni. Jedynie lekki wiatr potęgował uczucie chłodu i dawał się we znaki przez brak golfa. Hoan miał nadzieję, że się nie przeziębi, Już raz w tym roku chorował, a to jego standardowy limit.
     Tak jak się spodziewał ruch w okolicy cmentarza nie był zbyt duży. Powoli krążyło coraz więcej samochodów, ale nie było tłumu, co bardzo mu odpowiadało. Nie lubił ścisku i czuł się źle w tłumie. Wczesna pora miała jeszcze tę jedną zaletę, że nie było kolejek przy straganach. Dokupił stroik i ruszył ku najdalszemu krańcowi cmentarza. Potem wróci jeszcze po jakieś żywe kwiaty.
     Jego praca sprzed kilku dni nie poszła na marne. Grób prezentował się dobrze, a listki brzozy, zwisającej niemal centralnie nad płytą, nie zdążyły naśmiecić. Mimo wczesnej pory ktoś już tu był, bo pojawił się nowy znicz. Hoan ogarnął wszystko, powymieniał wypalone wkłady, dostawił znicze i stroik. Wyglądało jak należy – więcej zniczy niż ozdóbek. Babcia zawsze mu powtarzała, że tak powinno być. Bo kwiaty i wiązanki są dla żywych, na pokaz, a dla zmarłych jest światło. Najlepiej otwarte, dlatego zawsze pozwalał się palić zniczom jakiś czas zanim nałożył przykrywki. Babcia wierzyła, że jeszcze przez jakiś czas po śmierci, kiedy zapala się znicze zmarłemu, jego dusza przebywa w pobliżu. Hoan nigdy nie czuł żadnej obecności. Ale może to dobrze, może babcia szybko weszła w światło i ruszyła w dalszą drogę. Teraz przyszedł czas na skupienie i modlitwę.
     Ale ciężko było się skupić słysząc gorączkowe rozmowy rodzin sprzeczających się o kolor wiązanki, ustawienie zniczy, czy komentujących ubiór rodziny. Ależ go to wkurzało.
     Trochę wyrozumiałości Hoan – upomniał się w duchu. – Przed chwilą robiłeś dokładnie to samo. Nie ich wina, że mają rodzinę, a ty wszystkie decyzje możesz podjąć sam, bez konsultacji. Chociaż debatę mogli odbyć wcześniej...
     O ile omawianie spraw technicznych i wizualnych dotyczących nagrobków jakoś mógł znieść, to rozmowa tocząca się w alejce przed nim przeszła jego najśmielsze oczekiwania. Dwójka starszych ludzi prowadziła dysputę z odległości kilku grobów. Pan w dość ożywiony sposób komentował wybuchowy charakter męża pani, z którą rozmawiał. A ta z wielką wyrozumiałością tłumaczyła, że ma tak na co dzień od blisko czterdziestu lat. Hoan skończył modlitwę i poszedł kupić kwiaty, mając nadzieję, że gdy wróci nie będzie już co najmniej jednego z tej pary, a najlepiej obojga.
     Nie rozczarował się. Kwadrans później ta część alejki była w końcu cicha i spokojna. W takiej atmosferze można było kontemplować, co też zrobił, zgodnie z planem do jedenastej. Gdy wracał do domu mijał tłum nadciągający na cmentarz. Nie był zaskoczony, że ludzie wybrali tę porę. Mieli wystarczająco dużo czasu, żeby odwiedzić groby przed mszą i procesją. Ale Hoan nigdy nie uczestniczył w tym nabożeństwie. W zasadzie nie uczestniczył w żadnym od trzech lat. Dla niego Święto Zmarłych dobiegło końca.
     Tak mu się w każdym razie wydawało do momentu, w którym będąc w połowie drogi na przystanek, wyczuł w tłumie coś niepokojącego. Demon. Odwrócił się i zaczął przesiewać wzrokiem tłum. Ludzi było tak dużo, że nie potrafił namierzyć celu. A sygnał słabł z każdą chwilą. Ofiara się oddalała.
     Westchnął i ruszył z powrotem w stronę cmentarza. A liczył na spokojny dzień. Obecność demona w tak dużym skupisku ludzi była zastanawiająca. Tak samo jak działanie za dnia. Demony preferowały noc i ustronne miejsca. Na co ten typ liczył, przecież nikogo w tym tłumie nie złapie. Chyba, że był idiotą, albo dopiero niedawno go zesłano.
     Niektórzy uważali, że demony tworzy sam Szatan. Albo, że są to dusze potępione zesłane z piekła. Hoan wiedział, że druga teoria jest bliższa prawdy. Kiedy człowiek umierał, jego „ja” astralne zwane też duszą szło w dalszą drogę pozostawiając cielesną powłokę. Jeśli człowiek był dobry zwykle wchodził w światło, które prawdopodobnie w najlepszym razie było drogą do jakiegoś Nieba, w najgorszym do Czyśćca. Źli ludzie lądowali w jakimś Piekle, lub... zostawali na ziemi jako demony. Hoan nie miał pojęcia czy udemonowanie było karą Boską, bo ktoś za bardzo nagrzeszył, czy diabelską, bo nagrzeszył za mało, żeby wstąpić do Piekła. Tanakę nieszczególnie to interesowało, czemu demonom nie po drodze było w żadne z tych miejsc.
     Interesowało go za to, że demony były podobne do wampirów, zwłaszcza elementaliści. Tylko, że wampiry wysysały z ludzi krew, a demony... dusze. Hoan zastanawiał się czy J. K. Rowling widziała kiedyś demona w akcji, bo to co robiły ludziom, przypominało pocałunek śmierci Dementora. Tyle, że elementaliści byli przystojniejsi od Dementorów, a ci z kolei byli ładniejsi od sferowców. No i demonami zostawały również kobiety.
     Jak ta, którą Hoan w końcu namierzył. Śliczna blondynka, której włosy lśniły jak złoto. Niecodzienne u demonów. Ale piękna powłoka i twarz budząca zaufanie miały tylko uśpić ofiarę. Prawdziwą twarz demon pokazywał tuż przed atakiem. Hoan najchętniej wbiłby jej shuriken w głowę i miał to z głowy, ale nie mógł sobie pozwolić na brawurę w tłumie ludzi. Nawet jego umiejętności pozostawiały ryzyko, że trafi w jakiegoś niewinnego człowieka.
     Za bramą kobieta przedarła się przez tłum i skierowała w stronę najstarszej części cmentarza. Hoan za nią, ale inną alejką, obserwując z odległości. Z czasem grobowce stawały się coraz wyższe, przeważały metalowe obramowania wyznaczające granice grobu i kamienne krzyże. Chłopak zastanawiał się gdzie też idzie jego cel. Śledzenie stawało się coraz trudniejsze, bo kamienne krzyże i pomniki były wysokie i gęsto ustawione. Demonica co chwilę znikała mu z pola widzenia.
     W końcu stanął koło starej wysokiej wierzby. Miała jeszcze sporo liści. Chłopak odbił się i złapał za najniższą gałąź. Nie było łatwo, bo buty z gładką podeszwą ślizgały się na korze, ale jakoś udało mu się wspiąć. Potem na następną gałąź i jeszcze wyżej. Aż znalazł taką, która była dość długa i gruba. Powoli, łapiąc równowagę, zbliżył się do granicy liści. Usiadł na gałęzi i zaczął obserwować.
     Szybko namierzył demonicę. Jeszcze dobrych kilkanaście minut kluczyła między nagrobkami kręcąc się w kółko, wracając w miejsce gdzie już była itp. Chciała zmylić trop. Być może wyczuła, że jest śledzona. W końcu dotarła do samotnego krzyża częściowo przeżartego przez rdzę. Zaczęła grzebać w ziemi, co było dziwne. Demony nie zjadały ludzkich ciał. Poza tym te groby były tak stare, że tam już nie było żadnych ciał. To najstarsza, zapomniana część cmentarza. Poza nimi nie było tu żywego ducha. Zombie też raczej stamtąd nie wyskoczy... Czego ona tam szukała do cholery.
     Kiedy mimo kilkukrotnego przeorania ziemi nic nie znalazła, zajęła się krzyżem. To był prosty krucyfiks, z dwóch pustych w środku rur. Najpierw zajrzała do poprzecznej rury i dmuchnęła w nią z całej siły, aż zawartość wyleciała drugą stroną. Hoan przyglądał się z rosnącym zaciekawieniem. Najwyraźniej nie wyleciało nic interesującego, bo wspięła się na krzyż i zajrzała w pionową część. Przyłożyła usta i... tym razem pociągnęła powietrze. Cokolwiek znajdowało się w środku, zdaje się, że to połknęła. Ku obrzydzeniu Hoana. I zdziwieniu. Demonom daleko było do mrówkojadów. Ale widocznie znalazła coś smacznego, bo się uśmiechnęła. Demony były dziwne.
     Nagły powiew wiatru zachwiał lekko Hoanem, aż położył się na gałęzi. Podmuch uderzył go w plecy i poruszył witkami wierzby tak, że prawie odsłonił jego kryjówkę. Ale najgorsze było to, że wiatr wiał w stronę demonicy, która szybko zwęszyła obcy zapach. Czujnie rozejrzała się dookoła. I nagle ruszyła pędem slalomem między nagrobkami.
     Cholera jasna! Tanaka obrócił się na gałęzi i zaczął zeskakiwać coraz niżej. Zatrzymał się na najniższym konarze i czekał. Wymierzył odległość i prędkość, wyznaczył punkt odbicia. Wyskoczył nagle ponad głową kobiety, odbił się od ramion jednego z krzyży, złapał ręką za pręt kolejnego, okręcił się wokół niego i wyskoczył do przodu, lądując na skrzydłach kamiennego anioła. Niestety zeskakując, poślizgnął się przez te cholerne buty i zamiast wbić sai w kark demoniy, odciął jej tylko pukiel włosów, które natychmiast zamieniły się w pył.
     Zaklął pod nosem, rozpinając kurtkę, żeby nie krępowała ruchów i rzucił się w pościg. Ciasne, często nie wyłożone niczym alejki były bardzo niewygodne, więc właściwie skakał po nagrobkach. Rzucił pierwszym shurikenem. Gwiazdka musnęła ramię i wbiła się w jakieś drzewo. Drugim wycelował lepiej. Utkwił pod łopatką. Kobieta ryknęła z bólu, ale nie zwolniła. Przed trzecim schyliła głowę. A było tak blisko. Dwa ostatnie Hoan wyrzucił naraz. Jednym trafił pod kolano, drugim tuż nad pietą. Idealnie.
     Demonica potknęła się, ale nie przewróciła. Wyjęła gwiazdki nie zwracając uwagi na to, że palą jej dłonie. Odrzuciła je ze wstrętem. Ale ta chwila wystarczyła, żeby Hoan zatarasował jej drogę.
– Ładna okolica na wieczny spoczynek – powiedział. – Cicho, spokojnie. Tylko towarzystwo niemrawe.
– Coś za jeden? – wycharczała kobieta.
– Grabarz – uśmiechnął się zawadiacko. – Ktoś zamówił u mnie grób. Z dedykacją dla ciebie.
     Zamachnął się swoim sai, ale mu umknęła. Bez problemu wyrwała metalowy krzyż i zaczęła nim wymachiwać. Czy oni zawsze muszą czymś machać... Bronił się i wyprowadzał pchnięcia, ale niewiele to dawało. Kobieta zamiatała tym krzyżem tłukąc nagrobki dookoła. Dobrze, że nikogo tu nie było. Ich walkę zaczęło zagłuszać bicie dzwonów.
     Demonica wyprowadziła proste pchnięcie. Hoan zrobił salto i przygniótł broń do ziemi. Zaskoczona przeciwniczka nie zdążyła się uchronić przed mocnym kopniakiem w twarz. Ale broni nie wypuściła z rąk. Spojrzała groźnie i z całych sił pociągnęła krzyż do siebie, a Hoan zleciał na plecy. Na chwilę zaparło mu dech.
     Ale doszedł do siebie widząc nad głową ramię krzyża spadające pionowo w dół. Przeturlał się w ostatniej chwili. Podniósł się, ale demonica była w natarciu. W końcu udało jej się wytrącić mu sai, które wbiło się w drzewo za jego plecami. Wyglądało to bardzo niedobrze. Gdzie był wuj Stefan, kiedy go potrzebował... No tak, jego groby rodzinne były jakieś sto kilometrów stąd.
     Hoan musiał radzić sobie sam. Unikał ciosów i wycofywał się, ale nie miał planu. A przydałby się jakiś. W końcu oparł się plecami o drzewo. Niedobrze. Kobieta uśmiechnęła się złowieszczo i wzięła zamach, żeby znów wyprowadzić proste pchnięcie. A mogła po prostu przebić go na wylot. Trzeba to było zrobić, bo chłopak wykorzystał okazję. Sztych krzyża zamiast w ciele chłopaka, zanurzył się w drzewie, a Tanaka wylądował na skrzyżowaniu ramion, odbił się, wykonał salto z obrotem i wylądował za demonicą. Zdążyła się odwrócić akurat kiedy Hoan sprzedał jej mocny kop z półobrotu, którego nie powstydziłby się sam Norris. Uderzenie było tak silne, że wbiło demonicę na pręt. A Hoan jeszcze jej poprawił, aż zatrzymała się na poprzecznym ramieniu. Chyba wymyślił nową metodę krzyżowania.
     Demonica szarpała się niemiłosiernie i klęła siarczyście. Chłopak zauważył na jej zwisającej ręce coś ciekawego. Myślał, że to tatuaż, ale nie. To była blizna. Ktoś jej coś wypalił na skórze. Naznaczony demon, tego jeszcze nie widział. Wyjął komórkę zbliżył się.
     Niestety podszedł za blisko i demonica założyła mu rękę na szyję i zaczęła dusić. Wstrzymał oddech i szybko zrobił zdjęcie. Potem jeszcze kilka na wszelki wypadek. W końcu zaczął się szamotać walcząc o oddech. Przywalił jej nawet tyłem głowy, ale niewiele to dało.
     Nagle kobieta zawyła z bólu i zluźniła chwyt. To wystarczyło, żeby się wyswobodzić. Chłopak obejrzał się. W ramieniu, którym go ściskała tkwił jeden z jego shurikenów. Rozejrzał się, ale nikogo nie zobaczył, ani nie wyczuł. Dookoła było pusto. Odwrócił się i poszedł po swoje sai. Wyciągnął je z drzewa i odwrócił się. Demonica właśnie powoli zaczęła przesuwać się po pręcie, aby z niego zejść.
     Niewiele myśląc Hoan zamachnął się i rzucił sai w jej stronę. Przeleciało przez jej głowę na wylot i utkwiło w drzewie. Nie był to może porządny srebrny pocisk, ale zadziałało tak samo. Na jego oczach demonica zmieniła się w popiół, a z wysokości, na której znajdował się żołądek, na ziemię coś spadło.
     Chłopak podszedł zaintrygowany. Nie była to gliniana pieczęć. Przypominało to monetę. Założył rękawiczki i podniósł przedmiot. Ostrożność nie zawadzi, łatwo przez takie znaleziska zarazić się jakimś urokiem. Na przodzie zobaczył symbol, taki jak na skórze demona, który na odwrocie miał ułożone po okręgu jakieś znaki. Cokolwiek to było wyglądało na złoto.
     Tuż obok leżał jego shuriken. To było bardzo dziwne. Shurikeny nie fruwają same. A ten jakoś trafił w ramię demonicy. Tylko kto go rzucił. Chłopak ruszył ścieżką, którą biegł za celem. Szybko odnalazł swoje shurikeny, bo je wyczuł. Miały jego energię, były w jakimś sensie z nim zespolone. To było bardzo wygodne, bo po prostu nie dało się ich zgubić.
     Kiedy upewnił się, że ma wszystkie, rozejrzał się jeszcze raz dookoła. Cisza i spokój. Otrzepał i poprawił kurtkę. Przeczesał włosy, nie może wyglądać jakby wyszedł z rowu. Ruszył w kierunku cmentarnej bramy, zostawiając za sobą nagrobki i szumiące wierzby. Drzewa, których witki splatały się z długimi oślepiająco jasnymi włosami...

     Po powrocie do domu Hoan zajął się swoim znaleziskiem. Wyjął z szuflady białą świecę i wsadził w świecznik z solą. Trzymając krążek w szczypcach opalił go z obu stron nad płomieniem. Następnie zdmuchnął świecę i okadził monetę dymem. Poczekał aż ostygnie i przeszedł do ostatniej części rytuału. Zanurzył przedmiot w solance z wody święconej. Nic nie syczało, więc znalezisko było wolne od klątw i uroków.
     Pierwszej metody nauczyła go babcia, która wierzyła w oczyszczającą moc ognia. Z kolei okadzanie miało wypędzać złe duchy. Metodę z osoloną wodą święconą sam opatentował. Skoro jedno i drugie działało na demony, powinny też działać na przedmioty należące do ich świata, lub inne dotknięte ciemnością.
     Okazało się, że miał rację. Kiedyś syn Stefana znalazł na ulicy jakiś łańcuszek z krzyżykiem. Spodobał mu się, więc zaczął go nosić. W końcu to żywe srebro. I to był błąd. W taki sposób najłatwiej ściągnąć na siebie urok lub nawet wpuścić do wnętrza demona. Wszelkiego typu dewocjonalia, czy nawet obrazki świętych były doskonałym wabikiem. Dlatego często nasączane były złą energią, na przykład ze szpitali psychiatrycznych i podrzucane w różne miejsca. W taki sposób Jarek sprowadził sobie niechcianego lokatora.
     Z początku wuj Stefan myślał, że najmłodszy syn przechodzi młodzieńczy bunt. Zaczął wracać coraz później, pyskował, opuścił się w nauce. Niby nic nadzwyczajnego, niemniej zachowanie było niepokojące. Hoan zaczął coś podejrzewać, kiedy zauważył zmienność zachowania chłopaka. Nie były to zwykłe zmiany nastroju. Jarek po prostu czasem zachowywał się, jakby nie był sobą, jakby... No cóż, jak opętany. Ale obserwacje w lustrze tego nie potwierdziły.
     Największy dramat zaczął się, kiedy Jarek zaczął brać. Oczywiście najpierw po trochu, w weekendy, na imprezach jakiś skręt. Ale wkrótce nie dało się ukrywać, że wraca do domu naćpany. Dwa kolejne odwyki nie pomogły. Skończyło się na ostrym dyżurze i walce o życie chłopaka. Ledwo go odratowali. I to był przełom.
     W dniu wypisu ze szpitala Jarek nie przypominał człowieka, którym był przez ostatnie miesiące. Przepraszał rodziców i obiecywał, że to koniec. I widać było, że mówił szczerze. Zapewniał, że nie wie co w niego wstąpiło. Kiedy przy odbiorze rzeczy chłopaka sanitariusz wręczył Stefanowi łańcuszek, mężczyzna był zaskoczony.
– To nie Jarka – stwierdził.
– Znaleźliśmy to przy nim. Miał go na szyi.
– To prawda tato – wtrącił się chłopak.
– Skąd to masz? – spytał Hoan. Coś mu zaświtało.
– Znalazłem. Leżał na ulicy, ktoś go musiał zgubić.
– Dawno to było?
– Czy ja wiem, jakoś na wiosnę. Pamiętam, że jeszcze leżał śnieg.
     Wuj Stefan odebrał zapakowany w foliowy woreczek krzyżyk i wyciągnął rękę do syna. Hoan dostrzegł w oczach Jarka dziwną mieszaninę zafascynowania, żądzy i... strachu. Dziwne skojarzenie, ale przed oczami stanął mu obraz Golluma z Władcy Pierścieni.
– Ja to wezmę – przechwycił nagle pakunek. Pozostali spojrzeli na niego zdziwieni. – Znam właściciela – wyjaśnił niezgrabnie. – Ogłaszał się nawet na Facebooku, że zginęła mu pamiątka po matce.
– Och, jasne – zgodził się Jarek. – Na pewno się ucieszy, że się znalazł.
     Hoan uśmiechnął się i schował paczuszkę do kieszeni. Kiedy wychodzili ze szpitala szepnął do wuja:
– Wpadnij do mnie wieczorem. Musimy coś sprawdzić.
     Stefan zjawił się o wyznaczonej porze. Nieco zdziwił go widok świec, pentagramu, soli i wody święconej. Oczywiście wiedział jak działają Łowcy, ale Hoan chyba nie spodziewał się „gości”.
– Kolacja przy świecach? Romantycznie – zażartował mężczyzna.
– To zależy, kto będzie gościem – mruknął chłopak dopracowując szczegóły.
     Więc może jednak się jakichś spodziewał... Na niedużej tablicy, podobnej do tych, jakich używało się w szkołach, wyrysował pentagram. W jego wierzchołkach ustawił pięć świec: czerwoną jako symbol ognia, zieloną oznaczającą ziemię, niebieską symbolizującą wodę. Szara oznaczała metal, a żółta była przyporządkowana wiatrowi. Normalnie darowałby sobie te świece, ale nie wiedział z czym będą mieli do czynienia. A przezorny zawsze ubezpieczony.
     Zapalił białą świecę symbolizującą dobrą energię i opalił nad nią łańcuszek, który ułożył na łyżce. Wuj Stefan przyglądał się z zainteresowaniem. Obok paliła się druga taka sama świeca. Hoan obserwował płomień, kiedy wkładał w niego wisiorek.
– Spójrz wujku – Mężczyzna zbliżył się i zobaczył, że płomień lekko zmienił kolor, stawał się intensywniejszy. – Coś tu mamy... Teraz patrz na dym.
     Chłopak zdmuchnął świecę, z której uniósł się normalny dym, niczym się nie wyróżniający. Sięgnął po drugą świecę, umieścił nad nią łańcuszek, po czym zgasił płomień. Tym razem dym zmienił barwę na ciemną, niemal czarną.
– Co to znaczy? – spytał Stefan.
– Że mamy lokatora, I to upartego, bo nie chciał wskoczyć do lustra.
– Nie można go zneutralizować?
– Nie wiem co to za demon. Pierwszy raz spotkałem takiego, który zadomowił się w przedmiocie. I to jeszcze srebrnym.
– Masz jakiś pomysł?
– Tak, ale nie wiem czy wypali – odparł i podał wujowi swoje lusterko. – Bądź w pogotowiu.
– Zawsze jestem.
     Chłopak uśmiechnął się. Jego pomysł mógł okazać się sukcesem, lub kompletną klapą. Po środku pentagramu ustawił miseczkę z osoloną wodą święconą. Wrzucił do niej łańcuszek i czekał. Właściwie nie wiedział czego się spodziewać, działał intuicyjnie. Woda nie zawrzała, co oznaczało, że nie mają do czynienia z demonem. Ale na pewno coś się w tym przeklętym łańcuszku kryło.
     Chłopak wpatrywał się w miskę. Zaczął tracić nadzieję, że jego metody coś dadzą, kiedy woda nagle zaczęła mętnieć. Wyglądało to, jakby pod powierzchnią pojawiła się biała mgła sącząca się z łańcuszka. W końcu przebiła taflę wody i zaczęła unosić się do góry. Hoan rzucił wujowi ostrzegawcze spojrzenie. Sam sięgnął po zapas wody święconej. Mgła unosiła się coraz wyżej i zaczęła nabierać kształtów. Zdecydowanie nie był to demon.
– Duch – szepnął Stefan. – Pierwszy raz jakiegoś widzę.
– Ja też – przyznał Hoan. – Myślałem, że tylko Przewodnicy je widzą.
     Przewodnikami Hoan nazywał szczególną profesję Obdarzonych. Byli to ludzie, którzy przeprowadzali zbłąkane dusze na drugą stronę. Chociaż nie do końca tak to wyglądało. Nie byli kierowcami jakiegoś nadprzyrodzonego autobusu do Nieba. W zasadzie harowali nie mniej od Łowców, bo musieli pomóc duchom pozałatwiać ziemskie sprawy zanim te mogły wejść w światło. Z punktu widzenia Hoana, jego praca wydawała się prostsza.
     Duch młodego mężczyzny, który się właśnie pojawił był oczywiście niematerialny. Ale przy tym bardzo blady, niemal prześwitujący. Jak mgła. Hoan zastanowił się co wie o duchach. Po śmierci dusza zwykle przyjmowała formę z najlepszego i najzdrowszego okresu tuż przed śmiercią. Jeśli ten facet tak wyglądał w swych najlepszych chwilach, Hoan wolał nie myśleć, jak wyglądały najgorsze. Mężczyzna był ewidentnie wyniszczony, miał bladą cerę, podkrążone i zmęczone oczy. Wyglądał upiornie.
– Przedawkowałeś – ocenił Łowca.
– Piękna śmierć – wychrypiał duch. – W błogiej nieświadomości.
– A co było potem? – spytał przewracając oczami. Wyobrażał sobie lepsze rodzaje śmierci. A i tak żadnej z nich nie nazwałby piękną.
– Światło i ciemność. Do wyboru.
– Czyli za życia nie byłeś aż taki zły – ocenił chłopak. – Czemu nie wszedłeś w światło?
– Nie zdążyłem. Pochłonęła mnie ciemność.
– Czyli jednak byłeś zły.
– Nie rozumiecie. Ciemność mnie... zagarnęła, tak jakby wyrwała z mojej drogi. A potem... ktoś mnie zamknął.
     Hoan się zastanowił. Nie słyszał, żeby demony działały w podobny sposób. Ale nie znał też żadnego człowieka, który potrafiłby zapanować nad duchem. Chociaż czarna magia przybierała różne formy, niczego nie można było wykluczyć.
– I co my z nim zrobimy? – spytał Stefan.
– Nie mam pojęcia. Nie znam się na duchach.
– Światło – odezwał się mężczyzna. – Znów je widzę.
– Świetnie – stwierdził Hoan. – To szerokiej drogi.
– Nie mogę. Coś mnie tu trzyma.
     Wuj spojrzał wymownie na Hoana, a potem na pentagram. No tak, Łowca sam przyblokował tego ducha. Tylko czy mógł mu zaufać. Z tego co wiedział, Obdarzeni, nawet Przewodnicy nie widzieli światła przeznaczonego dla duchów. A uwolnienie takiej zagubionej duszy było ryzykowne. Chłopak zastanowił się chwilę. Westchnął i pogasił świece symbolizujące żywioły. Kiedy zdejmował miskę z łańcuszkiem, od krucyfiksu do ducha ciągnęła się cienka nić mgły, która w końcu pękła. Ale duch nadal nie mógł odejść. Tanaka zdjął tablicę i postawił ją na podłodze. Dziwnie się czuł mając ducha kilka centymetrów od siebie i przenosząc go z miejsca w miejsce.
– Co robisz?! – spytał wuj widząc jak Hoan stawia stopę na tablicy.
– Spokojnie, to mój pentagram. Nic mi nie będzie. Mam nadzieję...
     Chłopak trochę się jednak obawiał. Co prawda tylko o demonach słyszał, że zagnieżdżają się w ludziach, ale czort wie jak to było z duchami. Kiedy postawił drugą stopę w pentagramie, na chwilę oślepił go blask lejący się z góry. A więc tak wygląda światło... Spojrzał na dół. Pod nogami ziała zimna nieprzenikniona pustka. A więc tak wygląda ciemność... O ile ciemność pozostawała nisko pod ich stopami, to światło niemal ich otaczało.
– Idź – powiedział Hoan. – Uwalniam cię.
– Przeproś ode mnie tego chłopca. Bardzo mi przykro.
– Myślę, że on wie.
     Hoan myślał, że dusza pofrunie do Nieba. Ale mężczyzna stał jeszcze chwilę. Na oczach chłopaka twarz ducha nabrała zdrowej barwy, zniknęły zasinienia pod oczami. Po chwili przed Łowcą stał zdrowy, młody i przystojny mężczyzna. Zupełnie niepodobny do tego kogoś, kim był przed chwilą. Uśmiechnął się do Hoana i odwrócił. Po czym zniknął. A wraz z nim światło i ciemność. Została tylko tablica z pentagramem.
– Co się z nim stało? – spytał Stefan.
– Chyba właśnie przeprowadziłem swojego jedynego ducha.
– Gratuluję. A teraz daj mi jakieś piwo, o ile nie masz nic mocniejszego.
     Hoan uśmiechnął się na to wspomnienie. Wuj Stefan był koneserem piwa i Tanaka zawsze miał jakiś zapas w lodówce. Tamten duch był pierwszym i jedynym jakiego chłopak spotkał. I bardzo dobrze, wystarczyło mu tyle roboty ile miał z demonami, nie potrzebował jeszcze duchów do kompletu.
     Spojrzał na zegarek. Nie było sensu zaglądać na Facebooka, o tej porze ludzie byli jeszcze na grobach. Ruszył do biblioteki i wyciągnął wszystkie książki o symbolach jakie znalazł. Kartkował je po kolei przyglądając się zdjęciom i rysunkom. Jedyny podobny symbol pojawiał się przy haśle demonicznych pieczęci. Ale tyle sam wiedział. Jego interesowało czyja to była pieczęć. Bo na pewno nie demonicy, którą odesłał do diabła.
     Jeśli miał rację i to naprawdę było złoto, to chodziło o kogoś bardzo potężnego. Znał hierarchię demonów. Złoto przypadało w udziale królom. Ale oni nie wychodzili z piekielnych otchłani. W piekielnej hierarchii było siedem klas odpowiadających siedmiu żywiołom. Poza pięcioma tradycyjnymi czyli ogniem, wodą, ziemią, powietrzem i metalem dochodziły jeszcze światło i ciemność. Chociaż demon światła brzmiał jak żart, to właśnie demonem tego żywiołu była kobieta z cmentarza. Stąd jej złociste włosy i to, że działała za dnia. Hoan bardzo rzadko spotykał się z elementalistami światła. Jeszcze rzadziej, bo nigdy nie spotkał demona ciemności. Chociaż dla niego każdy z nich był demonem ciemności.
     Kiedy nie udało mu się nic znaleźć w książkach, postanowił poszukać pomocy w Internecie. Szansa, że mu się powiedzie była nikła. Ludzie pewnie nawet nie będą wiedzieć, że to pieczęć. Ale nie miał lepszego pomysłu. Narysował na kartce symbol z monety. Trochę koślawo, ale dało się rozpoznać kształt. Łatwiej było zrobić zdjęcie, ale takie artefakty nie były czymś, czym należało się chwalić.
     Zeskanował rysunek i wrzucił do grupy z pytaniem, czy ktoś rozpoznaje symbol. Poszedł zrobić sobie herbatę i obejrzeć serwis informacyjny. Jeśli w ogóle doczeka się odpowiedzi, to zdecydowanie trochę to potrwa. Nie musiał się spieszyć.
     W telewizji naturalnie dominowały relacje spod cmentarzy, z dróg dojazdowych i statystyki wypadków. Pokazywali nawet ten cały Raszyn. Aleja Krakowska jak zawsze była zakorkowana. Ciekawe czy ktoś uprzedził ojca jak będą wyglądały jego dojazdy do pracy.
     Przerwał mu dźwięk komunikatora dobiegający z głośników. Od razu pomyślał o Ance, ale... oni nie gadali przez Facebooka. Zaciekawiony podszedł do komputera. Zdziwił się widząc wiadomość od Pawła.

Paweł 17:30
To wygląda na pieczęć służącą do przywoływania demonów.

Ech, właśnie takich odpowiedzi się spodziewał. A on potrzebował konkretów. Ale i tak miło, że ktoś z grupy w ogóle mu odpisał... Tylko, że Ambroziak nie należał już przecież do grupy.
Hoan szybko przerzucił się na swój profil. Ale z niego kretyn, zamiast udostępnić rysunek w grupie, wrzucił go na swoją tablicę. Typowe...

Hoan 17:31
Dzięki Paweł, to akurat wiem :)

Paweł 17:31
Aha, Czyli, że to pieczęć Baala, która powinna być wykonana że złota też pewnie już wiesz?

Baal? Skąd tyś go wytrzasnął...?

Hoan 17:31
Nie, tego nie wiedziałem. Wiesz coś więcej na ten temat?

Paweł 17:31
Poczekaj chwilę.

Po jakichś dwóch minutach chłopak wysłał Hoanowi zdjęcie. Wyglądało jak skan jakiegoś starodruku. W dodatku po łacinie. Tanaka lubił łacinę, sam czasem używał, ale jakichś pojedynczych słów. Nawet jednego zdania by sam nie skonstruował. A co dopiero przetłumaczyć taką ilość tekstu. Ale zrozumiał przynajmniej obrazki, a pieczęć z książki była bardzo podobna do tej, którą miał u siebie.

Hoan 17:34
Dzięki Paweł. Szkoda tylko, że nic z tego nie rozumiem :/

Paweł 17:35
Nie ma sprawy, mogę Ci coś nie coś przetłumaczyć.

Okazało się, że w wykonaniu Ambroziaka „coś nie coś” to niemal cały tekst. Hoan dowiedział się jakie warunki trzeba spełnić, żeby za pomocą pieczęci wezwać Baala i jakie moce on posiada oraz jakimi umiejętnościami może obdarzyć tego, kto go przyzwał. Jako, że był to król piekła, czyli w hierarchii zajmował jedno z najwyższych miejsc, Hoan nie wyobrażał sobie, kto mógłby być na tyle głupi, lub na tyle silny, żeby go przyzywać. Ale idiotów nie brakuje.

Hoan 17:40
Dziękuję Paweł, bardzo mi pomogłeś :)

Nawet nie wiesz jak bardzo.

Paweł 17:41
Heh, nie ma sprawy. Generalnie lubię być pomocny xD

Hoan 17:41
To tak jak ja ;) Więc może kiedyś będę się mógł odwdzięczyć.

Paweł 17:41
Zapamiętam. A można spytać do czego Ci potrzebna ta pieczęć?

Spytać można, tylko... nad odpowiedzią trzeba było pomyśleć wcześniej...

Hoan 17:42
Pomagam kuzynce zrobić zadanie ze studiów. Ma zajęcia z symboliki i dostali jakieś różne takie, np. Młot Thora, czy Oko Horusa. No i to.

Paweł 17:42
Trochę niecodzienne zadanie.

Tak, ale nie miałem czasu na lepsze kłamstwo... Także zmiana tematu.

Hoan 17:42
Wiesz jacy bywają wykładowcy... A Ty skąd tak dobrze znasz łacinę?

Paweł 17:43
Czy ja wiem, czy dobrze... Miałem łacinę na studiach. Chociaż... no fakt, generalnie całkiem niezły byłem.

Hoan 17:43
Też lubię łacinę. Ale korzystam w bardzo ograniczonym zakresie.

Paweł 17:43
Bo to ciekawy język. Niedługo będę znikał, czekam tylko na telefon. Wybieram się na spacer po okolicznych cmentarzach z osobą towarzyszącą. Generalnie jak co roku.
Taka moja mała tradycja, bo nie spędzam świąt rodzinnie z reguły.

No cóż, ja z reguły spędzam. I czasem nie wiem co jest gorsze... A tradycja może i fajna. Jak się lubi łazić po nocy po cmentarzu. Ja nie lubię. Ale ja w ogóle najchętniej nie wychodziłbym po zmroku z domu... Poza tym z osobą towarzyszącą ostatnio byłem na weselu. I nie był to ślub Gnijącej Panny Młodej...

Hoan 17:45
Już też się nie masz gdzie na randki umawiać...

Paweł 17:45
Niby rodzina jest, a jakoby jej nie było... Generalnie... nie mam do końca rodziny jakoś, można powiedzieć.

W sumie? Nie do końca? Albo masz, albo nie. Nawet o swojej rodzinie w Japonii bym nie powiedział, że nie do końca jest. Chyba, że...

Paweł 17:45
OMG, a gdzie mi tam do randek. Ostatnie randkowanie to jakieś... blisko trzy lata temu xD

Singiel? Poza tym ja się lepiej nie będę chwalił jak dawno nie byłem na randce. Chociaż to dzisiejsze tête-à-tête... – otworzył w nowej karcie profil Pawła. Później zerknie.

Hoan 17:46
No to faktycznie mogiła xD Bardzo à propos.

Nie najlepszy żart, ale miejmy nadzieję, że chłopak ma poczucie humoru.

Ja tam mam rodzinę, co prawda nieliczną, ale jednak i spotykam się nią w różne Święta tyle na ile wymaga zjedzenie posiłku + ok. 1h.

Pi razy oko. Jeśli ktoś jest z nimi w stanie wytrzymać dłużej, musi być demonem.

Hoan zamyślił się na chwilę i przypomniał sobie Święta z ostatnich kilku lat, bo tych z lepszych czasów, kiedy babcia była zdrowa prawie nie pamiętał. Pamiętał jedynie te z Japonii. Mimo, że jego matka zawsze dbała o tradycję, to nie gromadzili przy stole całej rodziny ciotek i wujków. Zwłaszcza, że jedyna siostra matki mieszkała w Gdańsku i... łączyły je głównie więzy krwi. W każdym razie ostatnie Święta Tanaków nie były tak bajkowe jak w reklamach, z żywą choinką, stosem prezentów i śpiewaniem kolęd. Ostatnio nie było nawet obowiązku wkładania garniturów.
Chłopak zastanowił się czy takie idealne Święta w ogóle istnieją. A może wszyscy obchodzą je przeciętnie, tak jak jego rodzina – opłatek, kolacja, prezenty, telewizja i fajrant.

Paweł 17:55
Generalnie fajnie...

Czy ja wiem...

Hoan 17:55
Pewnie zależy co kto lubi. Podobają mi się Święta obchodzone bardzo rodzinnie, ale takie bliskie obcowanie z ludźmi przez dłuższy czas raczej nie leży w mojej naturze.

Serio, dwie godziny i do domu.

Paweł 18:00
Ja uwielbiam ludzi. Generalnie dużo czerpię z przebywania z nimi. Ale jak to mówią, z rodziną to tylko na zdjęciu...

Ja też sobie cenię. Przynajmniej niektórych. Ale co Ci musiała zrobić rodzina, że tylko na zdjęciu ok...

Hoan 18:01
Ja też nie mam nic do ludzi xP Tylko... Jakoś łatwiej mi wirtualnie niż w realu. Taki aspołeczny typ i tyle...

Uch... no to sobie reklamę zrobiłem... Ale poważnie nic nie mam do ludzi. Czasem na nich tylko warczę, ale nie gryzę...

     Hoan albo wystraszył rozmówcę, albo do Pawła przyszła „osoba towarzysząca”, bo zamilkł. Tanaka nie lubił kiedy druga osoba nagle znika bez słowa, ale nawet jemu się to zdarzało, gdy rozmowa się wypaliła, więc starał się być wyrozumiały. Przynajmniej w przypadku takich pierdół potrafił.
     Korzystając z tego, że nie musi na bieżąco odpisywać przejrzał profil kolegi. Paweł był w tym samym wieku, co Hoan, nawet znak zodiaku mieli ten sam. Tylko miesiąc urodzenia inny. Ambroziak wypełnił te same rubryki, co Tanaka, poza karierą zawodową, która u Japończyka pozostawała pusta. No i o ile u Hoana wydarzenia w życiu to była tabula rasa, to u Pawła mieszały się separacje, powroty i rocznice związku. Brakowało tylko informacji z kim w tym związku był.

Ale rubryka rodzinna wypełniona. Czworo rodzeństwa, wielodzietna rodzina. Hmm, dwie separacje, dwa powroty. Jak dla mnie o co najmniej jedno za dużo... jak się nie układa... dobra Hoan, nie analizuj.

     Zanim zamknął kartę rzucił jeszcze okiem na zdjęcie. Paweł był blondynem, ale nie bardzo jasnym, o oczach... chyba brązowych. Małe te zdjęcia. Twarz raczej... zwykła. Ale fryzura mu pasowała. No dobra, Hoan sam nie był bożyszczem, więc właściwie nie powinien oceniać innych. Ale właściwie to wygląd człowieka robi pierwsze wrażenie, decyduje, czy do kogoś zagadamy czy nie. Chociaż w Sieci działa nieco inna zasada. Częściej mamy do czynienia z poglądami danej osoby, a na zdjęcie nie zwracamy uwagi, co Hoan akurat lubił. Zresztą część ludzi jako zdjęcie wybierała kotki, pieski i inne słodkie stworzonka. A dla Hoana miła powierzchowność liczyła się mniej niż charakter człowieka i to co miał do powiedzenia.
     W końcu zamknął zakładkę. Nie lubił u siebie tej ciekawości graniczącej ze wścibstwem. Chociaż profil nie był ukryty. Ale mimo wszystko. Poza tym już zaczął analizować, a nie powinien. Za łatwo mu to przychodziło. Co gorsza bardzo szybko wyciągał pierwsze wnioski. Za to nie lubił jak ktoś analizował jego samego. Głównie dlatego, że czy to szybko, czy nie, mógł dojść do słusznych wniosków. A to Hoana przerażało. Najchętniej zamknąłby się na pieczęć jak jedna z ksiąg.
     Otrząsnął się i otworzył kolejną stronę. Powiększony skan od Pawła. To był jakiś naprawdę stary egzemplarz. I nie był to link z żadnej strony. To zdjęcie chłopak wysłał ze swojego komputera. Skąd on miał dostęp do takich rzeczy. Właściwie to wyglądało jak... Lemegeton. Ale niemożliwe, żeby gdzieś się uchował tak stary egzemplarz.
     Zapisał zdjęcie i wrócił przed telewizor. Tym razem wybrał film z własnej kolekcji, bo na stacje TV nie można było dziś liczyć. Sięgnął po Cwał Zanussiego. Nigdy nie potrafił określić, czemu aż tak mu się ten film podobał. Pierwszy raz obejrzał go będąc dzieckiem. I od tamtej pory oglądał go za każdym razem, kiedy leciał w telewizji. Może była to zasługa głównej bohaterki, Idalii, kobiety niezwykle zaradnej i sprytnej, co przypominało mu jego babcię.
     Przed komputer wrócił dobrze po pierwszej w nocy. Głównie po to, żeby go wyłączyć. Niewielu ludzi było o tej porze on-line. W zasadzie to sami zagraniczni gracze. Ale trafił się jeden rodzimy nocny marek.

Hoan 01:30
I jak się udał tour po cmentarzach?

Paweł 01:32
A wiesz, że ekscytująco. To znaczy w tym sensie, że fajnie, ale nie lubię tego słowa, bo jest tak mdłe i „uniwersalne” jak cool. Ogólnie spacer w łunie palących się zniczy, potem ciasto i gorąca czekolada (bo zabrakło kakao ;( )..

Matko, gdybym ja się tak nad każdym słowem zastanawiał... to może by mnie częściej ludzie rozumieli. Kakao... kiedy ja ostatni raz piłem kakao. Albo chociaż czekoladę... No, ale ja czekoladę jem praktycznie codziennie, więc picie jej jeszcze byłoby już przegięciem.

Hoan 01:35
No to jak plany wypaliły to faj... się cieszę ;) Mmmm czekolada i ciasto – no to było słodko :D Ja się zbieram, więc jeszcze raz dzięki za pomoc i dobrej nocy. 3maj się,

Paweł 01:35
Nie ma sprawy. Pa.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz